piątek, 12 stycznia 2018 10:55

Tragiczne zdarzenie w mroźny, styczniowy poranek

 

Na drogach w całym regionie trwała śnieżyca, którą wzmagał dość silny wiatr. Dyspozytor uzupełniał akurat dokumentację, kiedy nagle zadzwonił telefon. Niespiesznie podniósł słuchawkę i nim zdążył powiedzieć „pogotowie ratunkowe, słucham”, ktoś z drugiej strony wykrzyczał: - Pociąg uderzył w autobus! Wyślijcie pomoc!

Świeży śnieg zapadał się pod naciskiem butów. Każdy starał się iść śladem innych, którzy wcześniej szli tu przed nimi. Zmierzali wzdłuż drogi przebiegającej przez Działyń w kierunku szosy, prowadzącej do Gniezna.

Dotarłszy, nie wszyscy zatrzymywali się na pobliskim przystanku PKS, tylko zmierzali nieco dalej – na znajdującą się 300 metrów dalej stację kolejową. Wielu zrobiło to z przekory, bo widząc stan drogi, domyślili się, że autobus nie przyjedzie, albo, jak mu się uda dojechać, to będzie przepełniony. Dlatego niektórzy wybrali pociąg, który zmierzał od strony Kłecka mniej więcej o tym samym czasie. 

Tych podróżnych, wkrótce czekających na dwóch różnych przystankach łączył jeden cel – dojechać do Gniezna. Do szkoły, do pracy. Tego dnia wielu już nie dotarło. Był poniedziałek, 12 stycznia 1987 roku.

Oczekiwanie

Odzwyczajeni w ostatnich latach od zim, musimy wyobrazić sobie ten poranek. Aura pogarszała się już od kilku dni, ale w nocy z 11 na 12 stycznia 1987 roku temperatura w nocy spadła aż do -26 stopni, a trwająca od kilku godzin śnieżyca utrudniała pracę służbom starającym się utrzymać ruch na szlakach. Zima w PRL-u nie była sprzymierzeńcem środków komunikacji publicznej – na torach tworzyły się zaspy, a na drogach - jeśli już oczyszczonych - robiło się ślisko. Nie radziła sobie też technika, która często zawodziła przy dużym mrozie, a zdarzało się nawet iż zamarzały płyny silnikowe. Wszyscy jednak jakoś sobie radzili – także tego mroźnego, styczniowego ranka.

 
Zima stulecia 1978-1979. Przystanek PKS w nieznanej miejscowości.
Zdjęcie: Grażyna Rutowska, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Grupa osób, czekająca na przystanku PKS, przebierała nogami z zimna, które ciągnęło od ziemi. Wszyscy, zanim wyszli z domu, sprawdzili jaka była temperatura, dlatego też nikt nie miał szczególnej ochoty na zbyt długie czekanie. Jeszcze wczoraj mówiono w radiu o wielu utrudnieniach, jakie miały miejsce w różnych częściach kraju. Z miast dochodziły już informacje o kolejnych przestojach w produkcji (dość wszechobecnych w tej dekadzie) i zwiększonych stopniach zasilania. Wszystko podawano oficjalnie, bo wszak jest zima i na pogodę łatwo zrzucić wszelkie pretensje. 

Oczekującym czas mijał na takiej krótkiej wymianie zdań o tym, na czym to świat obecnie stoi, a także wyrażaniu nadziei, że może jednak miejsce w autobusie się znajdzie. Nie zawiedli się. Około 7:20 udało się w oddali dojrzeć światła autobusu, który zmierzał w ich kierunku. Gdzieś w tle zagwizdał też nieco spóźniony pociąg, ale wszystko wskazywało na to, że tego dnia to właśnie PKS-em uda się dotrzeć do Gniezna szybciej.

Pierwszy kurs

Sanosy, autobusy jugosłowiańskiej produkcji, dość dobrze radziły sobie w różnych warunkach, nawet takich dość ekstremalnych, jakie panowały tego ranka. Wiadomo jednak, że awarie też się zdarzały, ale ten model, który jechał właśnie do Gniezna kursem z Janowca Wielkopolskiego – odpukać – sprawował się bez żadnego problemu.

 

Kiedy w końcu pojazd zatrzymał się na przystanku w Działyniu, do środka weszło kilku nowych pasażerów. Dodajmy, że ledwo weszło, gdyż w środku miejsca siedzące były zajęte, a i stojących osób było sporo. - Tego dnia jechałam do pracy, do przyzakładowej szkoły przy Polanexie. To było po godzinie 7:00 i to był chyba pierwszy autobus, jaki tego dnia jechał, bo było dużo śniegu i wiele kursów się nie odbyło. Na przystanek wtedy zajechał jeden z tych większych, do którego mogło wejść więcej osób. Ponieważ był to ten pierwszy kurs, to było bardzo dużo ludzi, także stali oni również koło kierowcy, zupełnie przy drzwiach - wspomina po latach Teresa Kaczor, która 12 stycznia 1987 roku jechała porannym PKS-em z Działynia.

Kierowcę wszyscy pasażerowie znali i lubili, a ten dobrze rozpoznawał swoich codziennych podróżnych, także sprawdzanie biletów nie było czymś koniecznym. Mimo wszystko warunki ku jeździe były fatalne, a dodajmy iż mróz oraz padający śnieg skutecznie oszronił wszystkie szyby pojazdu. 

Ostatni zakręt

Po ruszeniu, autobus pokonywał drogę wolniej, niż zazwyczaj, głównie z uwagi na warunki pogodowe. Trasa z Działynia do Obory była na znacznej długości prosta i jedynie w rejonie przejazdu kolejowego znajdowały się dwa ostre zakręty. Po krótkiej chwili autobus znalazł się na wzniesieniu, z którego – gdyby nie szron na szybach – zapewne roztaczałby się ładny widok na zaśnieżoną okolicę. Wkrótce pojazd zaczął zjeżdżać, kierując się szosą po lekkim łuku w lewo, który po chwili przechodził w gwałtowny zakręt w prawo. Kończył się on praktycznie na przejeździe kolejowym.

 

Nikt nie odczuwał tego, że autobus hamował silnikiem, a potem zaczął jeszcze bardziej zwalniać. Szczęściarze, którzy mieli miejsca siedzące, próbowali jeszcze odespać te kilka minut podróży. Stojący trzymali się mocniej foteli lub innych elementów, kiedy pojazd zaczął pokonywać pochyły zakręt. Skupieni byli bardzo na tym, by nie stracić równowagi, a głowy większości z nich zaprzątała tylko myśl, że przez tę pogodę na pewno spóźnią się tam, dokąd zdążali.

Tę pozorną ciszę, wypełnioną półszeptami prowadzonych gdzieniegdzie rozmów, przerwał okrzyk: Jezus, Maria! Pociąg! W tym samym czasie, całą okolicę przeszył głośny gwizd lokomotywy i w ułamek sekundy po tym nastąpił potworny huk. Autobusem gwałtownie szarpnęło i pojazd obrócił się o 90 stopni, po czym sczepiony tylną częścią z lokomotywą, zaczął być wleczony wraz z jadącym pociągiem. Znajdujący się w środku ludzie powypadali z miejsc siedzących na tych, którzy stali, a ci, którzy stali, spadali na bok, wraz z powoli przewracającym się pojazdem. Niektórzy od impetu uderzenia wypadli przez rozbite okna. Parowóz powoli wyhamowywał, cały czas ciągnąc i szarpiąc za sobą uszkodzony pojazd, który następnie puścił i zaczął haczyć o jadące za lokomotywą wagony. W końcu po kilkudziesięciu metrach obie maszyny się zatrzymały, a wokół na krótką chwilę zapadła głucha cisza.


Miejsce wypadku w trakcie oględzin przez służby. Autobus jest odwrócony przeciwnie do kierunku jazdy pociągu.

Krew na śniegu

- Pamiętam jak pociąg uderzył, to autobus obróciło i stanęliśmy przodem do przejazdu. Ponieważ wsiadałam jako jedna z ostatnich, to stałam dość blisko kierowcy i po zderzeniu wyszłam przez okno z przodu, tuż przy kierownicy. Jak już się wydostałam to wszystko wyglądało, jakby to był jakiś film. Ludzie zaczęli wychodzić także z pociągu. To była masa ludzi. Wielu też leżało między pociągiem, a autobusem, łącznie z powyrywanymi siedzeniami. Niektórzy mieli dużo szczęścia, bo zabrakło centymetrów, a po wypadnięciu z pojazdu dostaliby się pod koła pociągu - wspomina Teresa Kaczor, która była wśród tych osób, którym nic się nie stało. Inni nie mieli tyle szczęścia: - Tym pociągiem, który w nas uderzył, jechał do szkoły mój brat. Jak tylko wyszedł z wagonu to od razu mnie odnalazł, zapytał się czy nic mi się nie stało i pobiegł ratować tych, którzy nie mogli się wydostać. Wielu z tych, którzy byli koło mnie, miało różne otarcia czy leciała im krew z nosa, ja byłam tylko poobijana. W kozakach miałam pełno szkła, a całe ubranie miałam we krwi, choć nie mojej - dodaje Teresa Kaczor. W kilka chwil biały śnieg zaczerwienił się od ociekającej z rannych osób krwi, która spadając na ziemię, od razu zamarzała.

Wypadek zdarzył się kilkaset metrów od stacji kolejowej w Oborze i tyle samo w linii prostej od samej wsi. Jedni zdecydowali się biec po pomoc na dworzec, a inni do najbliższych zabudowań gospodarskich. W międzyczasie mniej rannych pasażerów autobusu zabierano do wagonów, a ci z poważniejszymi obrażeniami byli zanoszeni w kierunku wsi: - Była panika straszna, a ponieważ był silny mróz, to trzeba było się spieszyć. U sołtysa zaczęliśmy ratować te ranne dziewczyny, był płacz i krzyk. Darto pościele, inni nosili miski z wodą, byleby się obmyć z krwi, czy owinąć rany - mówi Teresa Kaczor. Kilkadziesiąt minut później do Obory przyjechało zawiadomione o wypadku pogotowie ratunkowe, które zajęło się ciężej poszkodowanymi. Rannych było tak dużo, że na miejsce zadysponowano również autobusy MPK, które zabrały pozostałych, lżej rannych do Gniezna.


Miejsce wypadku w trakcie oględzin przez służby. Autobus jest odwrócony przeciwnie do kierunku jazdy pociągu. Na wysokości ostatniego wagonu znajduje się przejazd kolejowy.

Na miejsce zdarzenia przyjechała także Milicja Obywatelska, a wkrótce po tym także przedstawiciele SB oraz innych służb. Oględziny utrudniał wciąż padający śnieg oraz silny mróz, który wszystkim dawał się we znaki. Na kilka godzin droga Gniezno - Kłecko została zablokowana przez wagony, które zatrzymały się na przejeździe. 

Szczęście w nieszczęściu

To cud, że w wyniku tego wypadku nikt nie zginął. Nie wiemy oficjalnie, ilu pasażerów znajdowało się w autobusie w trakcie zdarzenia – z posiadanych informacji wynika jednak iż był bardzo przepełniony. Oficjalnie mógł zabrać ponad 50 osób na miejscach siedzących, ale stojących mogło być jeszcze o połowę więcej. Winić jednak o to nie było kogo, gdyż w przypadku odwoływanych kursów, kierowcy zawsze brali wszystkich oczekujących na przystankach – zwłaszcza, kiedy na dworze panowały takie warunki pogodowe. Na pewno sporo szczęścia było też w tym, że pociąg jadący od strony Kłecka zbliżał się do stacji w Oborze i nie rozwinął pełnej prędkości.

Ostateczny bilans wypadku to 35 osób rannych, w tym wielu ciężko. Większość z nich stanowiła młodzież w wieku od 16 do 18 lat, pochodząca z różnych miejscowości, znajdujących się na trasie przejazdu autobusu od Janowca Wielkopolskiego. Po opatrzeniu w szpitalu, trzynastu poszkodowanych zostało zwolnionych do domu, a pozostałych zatrzymano z uwagi na najróżniejsze obrażenia – od zwichnięć stawów po skomplikowane złamania kości rąk, nóg czy miednicy: - Autobusem jechały między innymi moje uczennice, które miały tyle obrażeń, w tym złamania, że do czerwca nie przyszły do szkoły - przyznaje Teresa Kaczor. W dniu, kiedy doszło do wypadku, po dotarciu do Gniezna udała się spóźniona od razu do szkoły, by prowadzić planowe zajęcia.

Stop

W sprawie wypadku od razu wszczęto śledztwo, a dla wyjaśnienia jego przyczyn powołano komisję złożoną z przedstawicieli Służb Bezpieczeństwa, PKP, PKS oraz władz samorządowych. Od razu ustalono iż oznakowanie przejazdu kolejowego oraz stan drogi nie wskazywały na jakiekolwiek uchybienia. Rozpoczęło się przesłuchiwanie świadków, w tym także kierowcy autobusu.



Zniszczony autobus Sanos odholowany na teren bazy PKS.

Oficjalna notatka ze zdarzenia zawiera ustalenia iż dojeżdżając do przejazdu kolejowego, kierowca skorzystał z hamulca zasadniczego. Ponieważ ten nie zadziałał, użył hamulca pomocniczego, który również nic nie dał. Widząc z prawej strony nadjeżdżający pociąg, postanowił docisnąć gaz, aby zdążyć przejechać przed pociągiem. Nie zdążył, gdyż koła miały wpaść w poślizg i ostatecznie parowóz uderzył z impetem w autobus na wysokości tylnych kół, zaczepiając pojazd, obracając go i ciągnąc ze sobą. Tyle oficjalnie.

Nieoficjalnie jednak wiadomo było iż autobus zatrzymał się przed przejazdem, co również potwierdziła nam cytowana wyżej pasażerka tego kursu. Z informacji uzyskanych od dawnych pracowników PKS-u wynika iż kierowca, z uwagi na przepełnienie pojazdu oraz oszronienie szyb, miał bardzo ograniczoną widoczność. Rutyną było w takim przypadku, by zapytać się pasażerów stojących po prawej stronie, czy nie widzą nadjeżdżającego pociągu. Nie wiadomo, jaka padła odpowiedź. Wiadomo tylko, że zatrzymany przed przejazdem autobus ruszył dalej. Zapewne w tym samym momencie, widząc zagrożenie, maszynista parowozu chwycił za hamulec i pociągnął za gwizdek. Było już jednak za późno.

 

Memento

Ostatecznie, jako oficjalną przyczynę podano niedostosowanie prędkości jazdy autobusu do istniejących warunków drogowo-atmosferycznych. Sprawę prowadziła SB pod nadzorem Prokuratury Rejonowej, która już w marcu 1987 roku umorzyła śledztwo z uwagi na brak dowodów popełnienia przestępstwa.

Winnym w tym przypadku było wiele innych czynników, które 12 stycznia 1987 roku splotły się ze sobą w rejonie przejazdu. Mowa tu przede wszystkim o fatalnych warunkach pogodowych, które miały pewne przełożenie na przepełnienie pojazdu (z uwagi na odwołane wcześniejsze kursy). Być może zabrakło też pewnych procedur postępowania w takim przypadku.

O wypadku milczały ogólnopolskie gazety. W lokalnej prasie podnoszono natomiast kwestię ww. przejazdu iż było to kolejne poważne zdarzenie drogowe w tym miejscu w ostatnim czasie. 

W połowie lat 90. pociągi pasażerskie na linii z Gniezna do Sławy Wielkopolskiej zostały zawieszone, a po krótkim czasie także zlikwidowane. Obecnie poruszają się tu składy towarowe z paliwem do Rejowca, ale w kwestii samego przejazdu niewiele się zmieniło. Znak „stop” ostrzega każdego nadjeżdżającego kierowcę, ale ilu to respektuje? Niech powyższa historia, która miała miejsce trzy dekady temu, będzie swojego rodzaju ostrzeżeniem dla pewności siebie - tego wielu kierowców wciąż ma w sobie za dużo.


 


W materiale wykorzystano zdjęcia opublikowane przez Narodowe Archiwum Cyfrowe oraz użyczone przez p. Bogumiła Bieleckiego. Wykorzystano także informacje zawarte w tygodniku Przemiany na Szlaku Piastowskim (nr 2 i 3 z 1987 roku), a także dane pozyskane z Prokuratury Rejonowej w Gnieźnie. Podziękowania kieruję do wszystkich osób i instytucji, które pomogły przy tworzeniu powyższego materiału - szczególnie p. Teresie Kaczor oraz p. Bogumiłowi Bieleckiemu za podzielenie się swoimi wspomnieniami i posiadanymi informacjami.


Uwaga. Wszelkie osoby, które mają swoje wspomnienia lub zdjęcia z tego zdarzenia lub inne ciekawe historie, związane z dziejami Gniezna z okresu przedwojennego i powojennego (głównie PRL) bądź posiadają nieznane nikomu materiały, prosimy o kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


Zobacz wspomnienie także innej katastrofy w ruchu lądowym, do której doszło w maju 1984 roku: "Zegarek zatrzymał się na godzinie 15:15"

10 komentarzy

  • Link do komentarza Uczestniczka wypadku niedziela, 14 stycznia 2018 21:59 napisane przez Uczestniczka wypadku

    Tak jak pisze Zosia Przybylińska tego zdarzenia nie da sie zapomnieć byłyśmy jedne z kilku osób najbardziej poszkodowane .Teraz kiedy po tylu latach widząc dziurę z tyłu autobusu to jest cud że przeżyliśmy ten straszny wypadek .

  • Link do komentarza Grzegorz Grzybowski niedziela, 14 stycznia 2018 11:18 napisane przez Grzegorz Grzybowski

    Tata był maszynistą tego feralnego składu.

  • Link do komentarza Carlis sobota, 13 stycznia 2018 23:43 napisane przez Carlis

    No i doczekałem się kolejnego ciekawego artykułu z serii wypadki drogowe. Czekam na następne.

  • Link do komentarza Lech Salita sobota, 13 stycznia 2018 22:06 napisane przez Lech Salita

    Byłem lekarzem pogotowia ratunkowego który jako pierwszy znalazł się na miejscu tego wypadku.Dokładnie pamiętam to wydarzenie.Poprzedniego dnia od godziny 14 miałem dyżur w stacji pogotowia ratunkowego,krótko po 7rano obudził mnie dyspozytor i zlecił natychmiastowy wyjazd do wypadku na przejeżdzie kolejowym w Oborze,pojechaliśmi jedną/!/karetką był to przerobiony Fiat combi,nie jak dzisiaj nowoczesne ambulanse z pełnym wyposarzeniem,na miejscu kiedy zorientowałem się iż liczba rannych zdecydowanie przerasta możliwości tej jednej karetki przez radiotelefon zażądałem wysłania wszystkich dostępnych karetek,na miejscu wypadku pozostałem do godzin południowych udzielając pierwszej pomocy najciężej rannym i pomagając w ich transporcie do szpitala.Był to dzień którego nie zapomnę,warunki atmosferyczne niezwykle utrudniały akcję ratunkową,co chwilę wynosząc rannych na noszach zapadaliśmy po kolana w śniegu,autobus o którym mowa w artykule przyjechał znacznie póżniej kiedy większość rannych została od transportowana przez pogotowie do szpitala.Lech Salita

  • Link do komentarza Marcin sobota, 13 stycznia 2018 17:35 napisane przez Marcin

    Mój ojciec jechał tym pociągiem jako maszynista ,ludzie pamiętajcie że lokomotywa ze składem to nie rower ze zdąży się zatrzymać.Trauma do końca życia

  • Link do komentarza Zofia Przybylińska sobota, 13 stycznia 2018 12:34 napisane przez Zofia Przybylińska

    Po tylu latach ktoś wspomniał o tym przykrym zdarzeniu, Pamiętam ten poranek jakby to było dzisiaj, niestety nie da się go wymazać z pamięci, nawet teraz pisząc łzy same spływają po policzkach. Tak jak wspomniała Pani Teresa Kaczor - moja nauczycielka z zajęć praktycznych, którą gorąco pozdrawiam, mieliśmy dużo szczęścia że nikt nie zginął.

  • Link do komentarza czytelniczka piątek, 12 stycznia 2018 20:33 napisane przez czytelniczka

    Oj, to prawda, kiedyś to były zimy! Zaspy na ulicach, trzeba było samochodami wywozić śnieg! mrozy sięgające nawet do minus 30 stopni, jeziora pozamarzane. teraz wszystko przeniosło się na drugą półkulę i w Ameryce mają zimę i mrozy, jakich najstarsi ludzie nie pamiętają.

  • Link do komentarza wielkopolanka piątek, 12 stycznia 2018 19:10 napisane przez wielkopolanka

    to była zima, nie to co ta wiosenna zima teraz!

  • Link do komentarza sroka piątek, 12 stycznia 2018 15:49 napisane przez sroka

    dzisiaj przepełnionych autobusów jest coraz mniej, bo i więcej ludzi jeździ własnymi samochodami, a co przekłada się na mniejsze bezpieczeństwo na drogach. zresztą, dość często się słyszy o wypadkach, ale przyczyna jest zawsze ta sama,co napisano na końcu artykułu - pewność siebie. Takimi są często nasze cmentarze usłane

  • Link do komentarza senior piątek, 12 stycznia 2018 15:18 napisane przez senior

    Bardzo lubię czytać wszelkie artykuły o różnych przypadkach nie tak przecież odległych w czasie dotyczące naszego miasta i okolicy. Redaktor musi być pasjonatem Gniezna, że stara się je wyszukiwać i z nami dzielić takimi ciekawostkami. Zawsze z niecierpliwością oczekuję, co będzie w nastęonych odcinkach.

Skomentuj

W związku z dbałością o poziom komentarzy, prowadzona jest ich moderacja. Wpisy wulgarne, obsceniczne czy obrażające innych komentatorów i naruszające podstawowe zasady netykiety (np. pisane CAPS LOCKIEM), nie będą publikowane. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Ostatnio dodane