Wydrukuj tę stronę
piątek, 27 września 2019 13:40

„Nie potrafię tego wytłumaczyć” - wyrok w sprawie tragedii na Dalkach

 
„Nie potrafię tego wytłumaczyć” - wyrok w sprawie tragedii na Dalkach fot. Rafał Wichniewicz

W piątek 27 września przed Sądem Rejonowym w Gnieźnie odbył się proces w sprawie tragicznego wypadku, do którego doszło ponad rok temu na przejeździe kolejowym na Dalkach. Tego też dnia zapadł wyrok.

Tragiczny splot czynników przy jednocześnie głównej przyczynie - otwarciu szlabanów przez dróżnika mimo nadjeżdżającego z dużą prędkością pociągu pospiesznego. Tak w skrócie można opisać uzasadnienie wyroku, jaki zapadł dziś w Sądzie Rejonowym w Gnieźnie.

Czwartek 2 sierpnia 2018 roku był gorącym dniem. Była godzina 16:26. Od ponad 10 godzin Magdalena C. (dane zmienione) pełniła funkcję dróżnika na przejeździe kolejowym przy ul. Gajowej. O tym, że tego dnia będzie sprawować 12-godzinną zmianę na tym stanowisku, dowiedziała się dzień wcześniej. Źle się czuła. W budce dróżnika skończyła się już woda, którą tego dnia przyniosła sobie do pracy. Kilka chwil później jej życie przewróciło się do góry nogami. Nie tylko jej. - Chciałabym, żeby to się już skończyło - mówiła na początku rozprawy załamującym się głosem Magdalena C.

Około godziny 16:30 przez przejazd kolejowy przejechał pociąg osobowy w kierunku Poznania. Dróżniczka użyła mechanizmu podnoszenia rogatek i wówczas zorientowała się, że z drugiej strony nadjeżdża pociąg pospieszny relacji Poznań - Warszawa. Przez przejazd w międzyczasie przejechały dwa samochody. Tymczasem kilka metrów od budki dróżnika, czekająca na podniesienie szlabanu pani Regina wsiadła na rower i ruszyła. Zdążyła wjechać na tor i wówczas uderzył w nią rozpędzony pociąg. Zginęła na miejscu.

To był odruch

Akt oskarżenia wobec byłej już dróżniczki odczytał prok. Radosław Krawczyk, wskazując zarzuty iż kobieta doprowadziła do wypadku nieumyślnie, na skutek niezachowania nieostrożności. - Przyznaję się - powiedziała Magdalena C., odpowiadając na pytanie sędziego Huberta Kozłowskiego: - Chciałabym bardzo przeprosić państwa pokrzywdzonych. Gdybym wiedziała, że coś takiego się stanie, to nie poszłabym do pracy. Wiem, że moje przeprosiny nic nie znaczą - mówiła oskarżona. Po wypadku wciąż się leczy, cierpi na bezsenność. 

- Co się stało, że pani tych zapór nie opuściła? - pytał prok. Radosław Krawczyk. Kobieta odpowiedziała: - Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. To był odruch. Prokurator kontynuował: - Wcześniej przejeżdżał pociąg pasażerski z drugiego kierunku. Wtedy pani zapory opuściła. Co się stało? Magdalena C. stwierdziła: - Nie potrafię tego wytłumaczyć. To był taki odruch, odwróciłam się i zaczęłam otwierać przejazd. Prokurator dociekał dalej pytaniami o to, jak przebiegały dalsze zdarzenia. - Choć wiedziałam, że nadjeżdża drugi pociąg, to gdy zorientowałam się, że on już nadjeżdża, zaczęłam zamykać zapory. Później na kolejne pytanie, tym razem od sędziego odparła: - W trakcie otwierania rogatek spojrzałam w dziennik i zobaczyłam, że jest wpisany jeszcze jeden pociąg i zaczęłam opuszczać zapory. Nie słyszała wówczas sygnału alarmowego nadjeżdżającego składu pospiesznego. Przyznaje, że ruch na tym przejeździe kolejowym jest bardzo duży - dodajmy iż odbywał się wówczas objazd z uwagi na remont trasy E20. W czasie jednej zmiany przemieszczało się tu ponad sto pociągów. 

Plomba

Najpierw włącza się sygnalizacja świetlna, a po kilku sekundach opadają rogatki. W sumie zamknięcie przejazdu kolejowego od momentu uruchomienia przez dróżnika zajmuje 13 sekund. W raporcie komisji ds. wypadków kolejowych, zajmującej się ww. zdarzeniem zawarto, że dróżniczka mogła skorzystać z przełącznika awaryjnego, ale nie zrobiła tego. To miałoby spowodować natychmiastowe zamknięcie zapór. Pełnomocnik rodziny pokrzywdzonej radca prawny Tomasz Dzionek kontynuował serię pytań: - Kiedy pani się zorientowała, że nadjeżdża drugi pociąg, a zapory są podniesione, pani włączyła opuszczanie zapór. Czy pani to włączyła w jakimś systemie awaryjnym czy zwykłym? Magdalena C. przyznała: - Guzik awaryjnego zamykania ma założoną plombę. Tej plomby bez nożyczek, niczego ostrego nie da się tak łatwo ściągnąć - tłumaczy. 

Na prośbę obrońcy oskarżonej adwokata Jędrzeja Kwiczora, kobieta na zdjęciu pokazuje sędziemu, gdzie w pomieszczeniu dróżnika znajdują się wspomniane przełączniki. Dołącza przy tym przykładowe fragmenty podobnej plomby, zbudowanej z drutu, wykorzystywanej na innym posterunku. Kobieta przyznała, że w pomieszczeniu dróżnika nie było żadnych narzędzi, którymi mogłaby zerwać plombę w razie takiej konieczności. Tym bardziej takiej, jaka zaistniała 2 sierpnia. Przyznaje, że nigdy nie miała okazji użycia przełącznika awaryjnego: - Na kursie nas tego uczyli. Mówiono nam, że te plomby zdejmuje się najlepiej ostrym narzędziem. 

- Wiemy, że natężenie ruchu kolejowego w tym miejscu było spowodowane remontem magistrali warszawskiej. Czy pani ma wiedzę, że w związku z tym remontem, objazdem, uległy zmianie jakiekolwiek zasady co do pracowników, ilości godzin przepracowanych? - pytał Tomasz Dzionek. Magdalena C. od razu stwierdziła: - Wszystko pozostało tak samo. 

Warunki pracy

Na pytania obrońcy kobieta przyznała, że tego dnia miała pełnić służbę na nastawni na stacji kolejowej, gdzie praca jest spokojniejsza. Dzień wcześniej dowiedziała się jednak od zawiadowcy, że ma się udać na przejazd na ul. Gajowej, bo jedna z dróżniczek poszła na L4. Do wspomnianych wyżej aspektów, jak wysoka temperatura w ciągu dnia, doszły kolejne. Przez 10 godzin pobytu zużyła wodę, którą sobie przyniosła do pracy i w końcu musiała pić tę z kranu. W budce dróżnika jest klimatyzacja, ale i tak musiała zgodnie z procedurami przy każdym przejeździe otwierać okno i wyczekiwać pociągu, nastawiając się na zewnętrzne warunki atmosferyczne.

Na pytanie obrońcy, Magdalena C. przyznała: - Tego dnia źle się czując, nikt by mnie nie zastąpił. Ja już byłam zastępcą. Adwokat Jędrzej Kwiczor dopytywał: - Jak reagowali zwierzchnicy, kiedy ktoś się źle czuł na posterunku? Odpowiedziała: - Gdy inni pracownicy zgłaszali jakieś problemy, nigdy nie było podmiany pracownika. Zawsze była informacja, że już niedużo zostało do końca pracy i że pracownik da radę. Magdalena C. zaczęła pracować jako dróżniczka od wiosny 2017 roku, ale na kolei miała dwa stanowiska (także w nastawni), na których pojawiała się zależnie od decyzji przełożonych. 

Werdykt

- Nie mogę się po tym pozbierać psychicznie. Codziennie mi to siedzi w głowie - przyznaje Magdalena C., wracając do zdarzenia z 2 sierpnia 2018 roku: - Gdyby nie moje dzieci, ja bym tutaj dziś nie stała - przyznaje łkając. Dodaje, że chce się poddać karze. - Oskarżona zniszczyła nam życie - przekazała przez łzy córka nieżyjącej kobiety.

W mowach końcowych wszystkich stron padały słowa o czynniku ludzkim, jednoznacznej winie, ale też splocie okoliczności, które doprowadziły do tragedii - przede wszystkim błędzie dróżniczki, na który wpływ mogły mieć warunki i okoliczności panujące tego dnia, ale także opóźnione działanie ze strony maszynisty pociągu pospiesznego, który dopiero w ostatnich sekundach przed skrzyżowaniem z drogą zaciągnął hamulec awaryjny, mimo, że już z dużej odległości widział pojazdy obecne na przejeździe. 

Obrońca zaproponował przeprowadzenie rozprawy bez postępowania dowodowego, proponując wymiar kary, na który przystał zarówno prokurator, jak i pełnomocnik rodziny pokrzywdzonej z niewielkimi zmianami. Wezwani na rozprawę świadkowie nie musieli więc zeznawać.

Sędzia Hubert Kozłowski po półgodzinnej przerwie ogłosił werdykt: Magdalena C. została skazana na rok więzienia w zawieszeniu na 3 lata, zakaz wykonywania zawodu związanego z pełnieniem funkcji dróżnika kolejowego oraz kierowaniem ruchem lądowym, powietrznym i wodnym na okres pięciu lat. Ponadto na rzecz pokrzywdzonych ma wypłacić odszkodowanie w kwocie 20 tys. złotych. W wymiarze kary uwzględniono trudne położenie finansowe oskarżonej. Poszkodowana strona zamierza domagać się zadośćuczynienia również od kolei.

Uzasadnienie

- Nie budzi najmniejszych wątpliwości, że bezpośrednią przyczyną tego wypadku było to, że oskarżona po przejeździe pierwszego pociągu podniosła zapory dopuszczając do ruchu na przejeździe kolejowym i następnie nie opuściła zapór przed nadjechaniem kolejnego pociągu, mając wiedzę, co jest niesporne, że z drugiej strony nadjeżdża drugi pociąg - przyznał sędzia Hubert Kozłowski

W dalszym uzasadnieniu sędzia dodał również: - Nie budzi wątpliwości, że to zdarzenie spowodowało dramatyczne i tragiczne konsekwencje, przede wszystkim dla samej pokrzywdzonej, jak i najbliższej rodziny. Ich cierpienia, spowodowane przez oskarżoną nie mogą zostać naprawione przez jakiekolwiek świadczenia o charakterze materialnym, bo ból cierpienia jest bez wątpienia ogromny i przede wszystkim tę okoliczność należy mieć na uwadze. To zdarzenie pociągnęło również konsekwencje wobec samej oskarżonej, jej życia, sytuacji zawodowej i osobistej oraz stanu zdrowia. Czyn przypisany oskarżonej ma charakter nieumyślny i nie ma wątpliwości, że choć tego czynu oskarżona się dopuściła, to doszło do niego, jak się wydaje, przy nieszczęśliwym zbiegu okoliczności.

Galeria

7 komentarzy