wtorek, 31 stycznia 2017 19:19

Zapomniana katastrofa w przestworzach

 
Koszary przy ul. Sobieskiego i Chrobrego (fotomontaż) Koszary przy ul. Sobieskiego i Chrobrego (fotomontaż)

Świadkami tego niespotykanego w dziejach naszego miasta zdarzenia było wielu gnieźnian i wojskowych, a na ratunek poszkodowanym ruszyli dosłownie wszyscy.

Był wtorek 31 stycznia 1933 roku. W kierunku Gniezna zmierzał wojskowy samolot dwupłatowy typu Breguet. Lot był rutynowy, a zgodnie z rozkazem, miał on zrzucić listy z meldunkami dla dowództwa 69. Pułku Piechoty. Pilotem samolotu był starszy strzelec Edward Szulc (korzystający tylko z drugiego imienia - Marian), a na tylnym siedzeniu towarzyszył mu obserwator podporucznik Dionizy Durko. Obaj byli doświadczonymi żołnierzami z 4. Pułku Lotniczego, stacjonującego w Toruniu. To właśnie stamtąd zmierzali do Gniezna w ramach rutynowej służby.

Koszary piechoty u zbiegu ul. Sobieskiego i Chrobrego, zostały wybudowane w latach 70. XIX wieku dla pruskiego wojska. Po odzyskaniu niepodległości, obiekty przejęło polskie wojsko. Budynki były bardzo charakterystyczne, a ich kompleks z daleka był świetnie zauważany przez pilotów wojskowych. Stąd też nigdy nie mieli problemu z ich odnalezieniem, a tym bardziej ze zrzutem przesyłek, jakich w ciągu roku było sporo. Ich dostarczanie było elementem szkolenia pilotów i stanowiło formułę kształcenia jednostek lotniczych, które w okresie pokoju wciąż musiały doskonalić swoje doświadczenie na różnych maszynach. W trakcie takich rutynowych zadań czasem jednak coś zawodziło, co nie zmienia faktu że lotnictwo, podobnie jak kawaleria, zawsze budziły zachwyt w cywilnej części społeczeństwa. 

Kiedy przed oczami obu lotników, znajdujących się na wysokości Jankowa Dolnego zamajaczyły z oddali wieże gnieźnieńskich kościołów i kominów fabrycznych, zaczęli obniżać samolot. Piloci nadlatywali od strony północno-wschodniej, jednak należało jeszcze wykonać manewr zawracający areoplan, tak by w momencie przelotu nad koszarami i zrzucania meldunku, mieć możliwość wykonania swobodnego zwrotu w stronę Torunia. Była za dziesięć dwunasta, kiedy znaleźli się bezpośrednio ponad koszarami. Niskim i spokojnym lotem przelecieli jeszcze chwilę w dół, by mniej więcej pośrodku placu wyrzucić paczkę na małym spadochronie. Rutyna - można powiedzieć.

Kiedy zadanie zostało wykonane, Marian Szulc postanowił poderwać samolot, dodając mu jednocześnie więcej mocy potrzebnej do wzlotu. W tym momencie stało się coś nieoczekiwanego - silnik aeroplanu zaczął się krztusić, coraz bardziej wytracając prędkość obracania śmigieł. Lotnicy, widząc że sytuacja jest krytyczna, postanowili awaryjnie lądować na najbliższym wolnym miejscu. Niestety, było za późno, by zawrócić maszynę i posadzić ją na koszarowym dziedzińcu. Wszystko trwało ułamki sekund, w trakcie których aeroplan pokonał 150 – 200 metrów i w końcu silnik Bregueta zgasł. Samolot zaczął bezszelestnie ześlizgiwać się w dół, by po chwili wpaść w korkociąg i dosłownie runąć z ogromnym hukiem na teren ogrodu byłego szpitala świętojańskiego (dziś teren Policji) przy ul. Szpitalnej (obecnie ul. Jana Pawła II).

Wszystkiemu przyglądali się wojskowi znajdujący się na terenie koszar oraz przypadkowi mieszkańcy, którzy słyszeli niepokojące dźwięki terkoczącego silnika. Jako pierwszy na miejsce wypadku przybiegł Marian Balcerek oraz Paweł Fenger, uczniowie ogrodniczy ze znajdujących się po sąsiedzku ogrodów miejskich wraz z robotnikiem o nazwisku Fredyk. Po chwili na miejsce przybyli mieszkańcy z drugiej strony ogrodów, pracownicy warsztatów Kolskiego, znajdującego się przy ul. Trzemeszeńskiej (dziś ul. Wyszyńskiego). Wszyscy razem zaczęli akcję ratunkową, nie czekając aż przybędzie jakaś pewniejsza pomoc.

O szczęściu w nieszczęściu mogli mówić obaj lotnicy. Obserwator Dionizy Durko, widząc że sytuacja jest katastrofalna, wyswobodził się z pasów zabezpieczających i na wysokości około 30 metrów wyskoczył z aeroplanu. Jego upadek zamortyzowały drzewa i krzaki, w których go znaleziono. Marian Szulc po uderzeniu samolotu w ziemię, został przygnieciony silnikiem maszyny. Zanim jednak oswobodzono go spod niego, trzeba było niektóre elementy mechanizmu pociąć, by można było bezpiecznie uwolnić nieszczęsnego pilota.

Pierwszym wojskowym, który dotarł na miejsce wypadku, był major Wacław Szyler. Zatelefonował on na pogotowie, które po przybyciu natychmiast zabrało nieprzytomnego Mariana Szulca do szpitala miejskiego. Był on najpoważniej ranny, miał złamane podudzie, kość nosową oraz liczne obrażenia wewnętrzne. Dionizy Durko, mimo upadku z dużej wysokości, był tylko poobdzierany i poobijany, a jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Mimo to, również on trafił do szpitala przy ul. 3 Maja.

W kilka minut po katastrofie, na miejsce przybyły oddziały żołnierzy i żandarmerii. Wojskowi odsunęli licznych gapiów, coraz liczniej przybywających z różnych zakątków miasta. Wszyscy chcieli zobaczyć zdruzgotany samolot, więc wchodzili na teren Rzeźni Miejskiej i podwórka domów od strony ul. Trzemeszeńskiej. Teren musiano odgrodzić, a na miejsce wypadku przybył również generał Tadeusz Malinowski, dowódca 17 Wielkopolskiej Dywizji Piechoty. Z Gniezna wykonano wkrótce kilka telefonów i wezwano z Torunia komisję śledczą, która przybyła następnego dnia rano do Grodu Lecha.

W dzienniku "Lech" podziwiano postawę pilotów, którzy do końca chcieli bezpieczne wylądować z dala od zabudowań i ulic. Samolot runął 15 metrów od dawnego budynku szpitalnego, w którym znajdował się dom dla księży emerytów. Prasa podkreślała, że gdyby nie manewry doświadczonych pilotów, mogłoby dojść do większej tragedii. Bohaterską postawę podkreślano także wyczynem Dionizego Durko, który odważył się wyskoczyć z samolotu. Po jego oprzytomnieniu, pierwszymi słowami jakimi się skierował do obecnych, było pytanie o stan zdrowia jego kompana. 

Ostatecznie stwierdzono, że przyczyną wypadku był defekt silnika. W tamtych czasach do wypadków lotniczych dochodziło dość często - głównie zawodził sprzęt, często przestarzały, wielokrotnie remontowany i przerabiany na potrzeby dalszego szkolenia. Bycie pilotem wymagało więc odwagi i umiejętności, które były wysoko cenione w wojskach II Rzeczypospolitej. Echa zdarzenia, jakie miało miejsce w Gnieźnie jednak przepadły w mroku dziejów - nie da się ukryć, że okres międzywojenny był świadkiem różnych wypadków lotniczych, czego dowodem są bohaterowie powyższego zdarzenia. Dlaczego? Obaj piloci nie dożyli wojny...

 

Podporucznik Dionizy Durko po wyleczeniu kontuzji, powrócił do czynnego latania. 11 maja 1935 roku, w trakcie ćwiczeń zespołowych w powietrzu, zderzył się z samolotem pilotowanym przez Władysława Gnysia, znanego później pilota, który zestrzelił pierwsze niemieckie samoloty we wrześniu 1939 roku, a także był uczestnikiem Bitwy o Anglię. W wyniku tego wypadku Dionizy Durko zginął na miejscu. Został pochowany na cmentarzu prawosławnym w Chełmie.

  Starszy strzelec Edward Marian Szulc, po odratowaniu życia i dłuższej rekonwalescencji, również powrócił do macierzystej jednostki w Toruniu. Zginął 27 marca 1936 roku, w trakcie ćwiczeń odbywających się koło Bydgoszczy. W trakcie spadania samolotu, udało mu się wyskoczyć z maszyny, jednak jego spadochron nie zdołał się otworzyć. Przyczyną wypadku było… zatrzymanie pracy silnika w trakcie lotu. Lotnik spoczął na cmentarzu św. Józefa w Łodzi.

(artykuł po raz pierwszy opublikowany 25 marca 2015 roku)

6 komentarzy

  • Link do komentarza przemek wtorek, 31 stycznia 2017 21:41 napisane przez przemek

    no to teraz policjanty w strachu bo historia lubi się powtarzać, ale spoko następny 31.01 dopiero za rok

  • Link do komentarza Miejscowy niedziela, 29 marca 2015 19:00 napisane przez Miejscowy

    ad."przypadkowy gnieźnianin" - Przecież nikt tutaj nie napisał, ze z tej katastrofy Gniezno jest dumne! Jest to fakt historyczny, który miał miejsce i bardzo dobrze, ze autor takie ciekawostki wyciąga z historii i opisuje. prosimy o dalsze interesujące nowinki, ale takze sensacje z naszego Grodu Lecha!

  • Link do komentarza Rafał Wichniewicz niedziela, 29 marca 2015 11:23 napisane przez Rafał Wichniewicz

    Nie znamy dokładnego modelu Bregueta, który rozbił się w Gnieźnie, ale najbardziej prawdopodobne, że był to model 19. Od Francji, Polska kupiła ok. 250 modeli tych samolotów w 1924 roku co oznacza, że w dobie gwałtownego rozwoju techniki lotniczej, w 1933 roku samoloty te mogły już być przestarzałe. Ich konstrukcja była skomplikowana, dlatego odrzucono możliwość zakupu licencji do ich produkowania w Polsce. Poza tym wystarczy poczytać trochę starych numerów gazet z okresu przedwojennego. Samoloty co chwilę miały poważne awarie, a sprowadzanie części z Francji zajmowało sporo czasu. Sytuację miały poprawić dopiero produkcje polskie, z czym już przed wojną nie zdążono.

    Jako fakt dodam, że w 1936 roku, a więc w trzy lata po katastrofie i w krótkim czasie od śmierci pilotów, Breguety uznano za sprzęt wymagający zbyt wielu napraw i remontów. W tym samym roku zaplanowano skasować 170 egzemplarzy, część sprzedano do Hiszpanii, a do obrony wrześniowej pozostało ich kilka-kilkanaście w naszych siłach powietrznych.

  • Link do komentarza Przypadkowy Gnieźnianin niedziela, 29 marca 2015 09:43 napisane przez Przypadkowy Gnieźnianin

    Trochę mało wiarygodny zapis: "Głównie zawodził sprzęt, często przestarzały, wielokrotnie remontowany i przerabiany na potrzeby dalszego szkolenia" ???? w latach 30tych przestarzały???, myślę , że to subiektywizm lub fantazja autora artykułu :)
    Katastrofa lotnicza to nie jest fakt z którego należy być dumnym, za to opisy miejsca akcji dają dużo informacji na temat lokalizacji nieistniejących już obiektów. No i zwróciłbym jeszcze uwagę na "polsko brzmiące" nazwiska... lata zaborów zrobiły swoje!

  • Link do komentarza jajco czwartek, 26 marca 2015 08:30 napisane przez jajco

    No, rzeczywiście - Gniezno sroce spod ogona nie wypadło. Też miało swoją katastrofę lotniczą i to wcześniej, niż wielu innych.

  • Link do komentarza senior środa, 25 marca 2015 23:37 napisane przez senior

    Niezwykle ciekawe zdarzenie, choć tragiczne, jednak pierwszy raz mam okazję dowiedzieć się ,że coś takiego miało miejsce w Gnieźnie. Dziękuję autorowi za to i za inne ciekawostki z naszego miasta, bo okazuje się, ze Gniezno jest nie tylko pierszą stolicą Polski, ale także miejscem niezwykle ciekawych innych wydarzeń historycznych.

Skomentuj

W związku z dbałością o poziom komentarzy, prowadzona jest ich moderacja. Wpisy wulgarne, obsceniczne czy obrażające innych komentatorów i naruszające podstawowe zasady netykiety (np. pisane CAPS LOCKIEM), nie będą publikowane. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Ostatnio dodane