Jesteś tutaj:Reportaże Niewyjaśniona „zbrodnia opadłej kreatury”
środa, 11 lipca 2018 18:00

Niewyjaśniona „zbrodnia opadłej kreatury”

 

Dzisiaj mija 95. rocznica wyjątkowo bezczelnego świętokradztwa, którego tajemnica do dzisiaj nie pozostała wyjaśniona. W biały dzień z katedry skradziono liczne lichtarze, a także bezcenny relikwiarz na głowę św. Wojciecha.

- Wczoraj, w środę 11 bm. pomiędzy godziną 11 a 12 okradziono w haniebny i nikczemny sposób tutejszą katedrę. Podli złoczyńcy, których musiało być kilku, weszli do świątyni pod pozorem zwiedzenia i przy sposobności dostali się do skarbca katedry i okradli go doszczętnie, zabierając nawet i głowę św. Wojciecha, spoczywającą w srebrnym relikwiarzu - donosił w emocjonalnym tonie redaktor lipcowego numeru dziennika "Lech. Gazeta Gnieźnieńska". Zdarzenie z 1923 roku, jak przyznawała gazeta, było pierwszym tego typu rabunkiem, dokonanym nie zbrojną ręką, jak miało to miejsce w przeciągu wieków w trakcie najazdu Brzetysława, Krzyżaków czy Szwedów, a złodziejską bezczelnością: - Lecz żeby w teraźniejszych czasach znalazł się człowiek, któryby ośmielił się popełnić tak haniebny i nikczemny czyn, w to się wprost wierzyć nie chce, a jednakowoż fakt dokonany udowadnia, że jeszcze są na świecie opadłe kreatury, wyzute z wszelkiej czci, które przed świętokradztwem się nie wzdrygną, byleby tylko swoim chuciom i żądzom dogodzić.

Śledczy badają sprawę

Z pomieszczeń skarbca zniknęło siedem kielichów, monstrancji i najcenniejszy spośród przechowywanych – wspomniany relikwiarz z XV wieku, wysadzanego perłami i szafirami. Jak przebiegło całe zdarzenie?

Wbrew temu, co się obecnie dość często pisze, do kradzieży nie doszło w trakcie drzemki stróża pilnującego skarbca. Jak relacjonowały gazety, według 48-letniego zakrystianina Jana Gozdowskiego, tuż o wpół jedenastej rano oprowadzał on po świątyni wycieczkę nauczycieli z Krakowa. To było dla niego zajęcie dodatkowe, wykonywane pomiędzy nabożeństwami odprawianymi w bazylice. Jednym z elementów zwiedzania, było m.in. oglądanie wnętrz skarbca katedralnego. Rok wcześniej, na polecenie biskupa Antoniego Laubitza, kapituła zakazała pokazywanie tego pomieszczenia. Mimo to, ze względu na ciągłe dopytywanie się o możliwość obejrzenia wnętrz przez zwiedzających, ostatecznie ponownie przyzwolono na udostępnienie skarbca przy określonych obostrzeniach.

Zwiedzanie krakowskiej wycieczki rozpoczęło się właśnie od obejrzenia skarbca. Po obejrzeniu wnętrz, zakrystianin oprowadzał gości przez półtorej godziny po świątyni. Kiedy zakończył tuż przed południem, podeszły do niego kolejne osoby zainteresowane zwiedzaniem: - Gdy inne osoby prosiły o wejście do skarbca, zauważył, że drzwi nie dadzą się otworzyć wskutek jakiejś zawady w zamku - czytamy w relacji. Około pierwszej po południu zakrystianin posłał po ślusarza, który przybył i naprawił zamek dopiero około wpół do czwartej. Po udanym wejściu do środka i odkryciu, że drugie drzwi są otwarte, a wnętrze splądrowane, Gozdowski poinformował kapitułę o kradzieży. Było to już niemal sześć godzin od zdarzenia. Z powodu niemożności wytłumaczenia się z faktu, że nie poinformowano nikogo z kapituły (zgodnie z procedurami) o problemie już z samym wejściem do skarbca, Gozdowski został aresztowany. Sam mówił w trakcie przesłuchiwania: - Nigdy nikomu nie ukradłem ani grosza. Nie mogę się przyznać, bo tej zbrodni nie dokonałem. Wyjdzie na jaw, kto obrabował skarbiec. Rychlej czy później, obym ja tylko jeszcze za życia doczekał się tego. Dość tego, że aresztowano także jego żonę Salomeę Gozdowską, a w mieszkaniu przeprowadzono rewizję - bez rezultatu.

Poszukiwania 

Niemal od razu po wykryciu kradzieży i rozpoczęciu śledztwa, kapituła ogłosiła nabożeństwo ekspiacyjne o uproszenie odzyskania zguby. Modlono się także w innych kościołach Gniezna i okolicy. Mieszkańcy tymczasem oferowali własnym sumptem nagrody za wskazanie sprawców kradzieży. 

Kiedy śledztwo prowadzone przez Prokuraturę przy Sądzie Okręgowym w Gnieźnie nabierało tempa, pojawiły się pytania o to, czy skarbiec w ogóle został odpowiednio zabezpieczony przed kradzieżą.

Na początku XX wieku, z dotychczasowego skarbca, umieszczonego w jednej z wież, wszelkie precozja przeniesiono do nowego pomieszczenia, położonego pod chórem. Tam zabezpieczony był podwójnymi drzwiami z żelaza, okno zamurowano, a na dwa lata przed kradzieżą, w sali tuż nad nim wylano metrowej grubości posadzkę, mającą zabezpieczyć w ten sposób przed ewentualną próbą przebicia się rabusiów, którzy mogliby ukryć się za dnia w wieży. Dość jeszcze, że przy skarbcu w osobnym pomieszczeniu czuwał w nocy dodatkowo stróż z psem.


Klucz od drzwi skarbca - po lewej wkomponowane zdjęcie zakrystianina Jana Gozdowskiego. Zdjęcie z tygodnika Tajny Detektyw z 1932 r.

 

Aby dostać się do pomieszczenia, trzeba było mieć klucz – posiadali go jedynie proboszcz katedry oraz zakrystianin. Same eksponaty umieszczone były w szklanych gablotach. W latach 20. XX wieku na innego typu zabezpieczenia zwyczajnie nie można było sobie pozwolić. Mimo starań, aby przy świątyni utworzony został posterunek wojskowy, nigdy on nie powstał. Jak się jednak okazuje, nawet najbardziej wymyślne sposoby nie zapobiegły kradzieży i to w biały dzień, przy licznych zwiedzających świątynię.

Tajemniczy goście

Świadkowie, którzy tego dnia przebywali w pobliżu katedry w godzinach okołopołudniowych, zauważyli samochód bez dachu, koloru ciemnozielonego z zaklejonymi tablicami rejestracyjnymi. Na polecenie prokuratora, wszyscy właściciele samochodów i wypożyczalni z okolicy, mieli przedstawić informacje o wynajmowaniu tego typu pojazdów w ostatnim czasie. Samochód miał być widziany w noc poprzedzającą kradzież, na wysokości kawiarni Esplanada przy dzisiejszej ul. Łubieńskiego. W świątyni oraz jej otoczeniu widziano w dniu kradzieży mężczyzn z walizkami, którzy zapewne oddalili się ww. samochodem. Liczne tropy, ale żaden z nich nic nie przyniósł, poza niewiele wnoszącym do sprawy rysopisami.

Na polecenie prokuratorów, zdemontowano drzwi od skarbca i przyjrzano się sposobowi, w jaki złodzieje musieli dostać się do środka. Odnaleziono fragmenty wytrychu: - Podług zdania obecnych zawodowych ślusarzy, a było ich czterech, klucz ten nie był podrobiony na podstawie odcisków z klucza Kapitulnego ale skonstruowany samodzielnie w niesłychanie wyrafinowany sposób przez próbne wkładanie klucza o bardzo miękkim metalu do otworu zamku i przystosowywanie go do mechanizmu zamkowego - czytamy w artykule Lecha, który na bieżąco informował o postępach w śledztwie: - Utrwaliło to pomiędzy obecnymi przekonanie, że od dłuższego już czasu przygotowywano ten klucz, zanim go wprowadzono do pożądanej doskonałości. Jak przyznano, złodzieje mogli przygotowywać się do „skoku” już od wielu miesięcy.

Ostatni punkt wniosku, kończącego wstępne śledztwo był następujący: - Możność dostania się w powyżej podany sposób do skarbca istniała zawsze choćby skarbiec bezwzględnie dla publiczności był zamknięty. Obronićby go mogła tylko nieustająca, zamienna straż przez uzbrojonych stróżów, czuwających we dnie i w nocy.

 

Niemiecki „ślad”

W miesiąc po kradzieży w Gazecie Warszawskiej, opublikowany został list, szkalujący duchownych pochodzenia niemieckiego, zasiadających w gnieźnieńskiej kapitule. Było ich kilku, a dla Kościoła była to swojego rodzaju spuścizna po czasach zaboru, kiedy to władze pruskie chciały w ten sposób tworzyć swoje wpływy wśród polskich księży. Szczególnie mocno „dostało” się bp. Kloske, który pochodził z Górnego Śląska. List, co do którego sprostowanie umieszczono w „Lechu”, zarzucał wpływ niemieckich duszpasterzy m.in. na decyzję o ponownym udostępnieniu skarbca zwiedzającym. Autor artykułu twierdził także, że germański duch, obecny w kapitule, jest przyczyną fermentu i słabej kondycji kościoła w Gnieźnie. W odpowiedzi niemieccy duchowni podważyli te argumenty, wskazując na swoje zaangażowanie w polskie sprawy i działalność na rzecz wiernych. Ostatecznie ta publiczna kłótnia spowodowała, że bp Antoni Laubitz z czasem rozwiązał spór, odsuwając duchownych pochodzenia niemieckiego od decyzyjnych funkcji.

Wymiana poglądów na ten temat wpływu niemieckich księży na kapitułę, wywarła spore wrażenie na mieszkańcach Gniezna. Tak spore, że wokół kradzieży, w temacie której z czasem pojawiało się coraz więcej niewiadomych i zaczęły wyrastać teorie spiskowe. Także takie, że kradzież została upozorowana, a relikwiarz przetopiono i spieniężono. Przemawiać miały za tym późniejsze inwestycje na Wzgórzu Lecha. Inne teorie mówiły o Czechach oraz Niemcach, którzy także chcieliby odzyskać relikwię świętego. 

Impas

Wkrótce sprawa stanęła w miejscu. Po jedenastu dniach aresztu, małżeństwo Gozdowskich zostało zwolnione do domu. Zabrakło pieniędzy na kontynuowanie śledztwa, którego koszty w owym czasie musiała w części pokrywać kuria. W gazetach umieszczano prośby o datki na ten cel, a szczodrzy gnieźnianie przekazywali pieniądze. Prokuratorzy badali ślady prowadzące do Poznania i Łodzi. W tym ostatnim mieście pojawił się sygnał o samochodzie - właściciele auta mieli jednak alibi, bowiem w tym dniu przebywali akurat w Warszawie.

W ponad tydzień po kradzieży w Poznaniu zatrzymano mężczyznę, który miał przy sobie połamane elementy kielicha. Po dokładnej analizie stwierdzono jednak, że pochodzą one z innego kościoła - tym razem w Wieluniu.

Inny trop pojawił się w jednym z więzień, gdzie dwóch zatrzymanych za inne przestępstwa stwierdziło, że znali plan grabieży, ale najpewniej ich kompani ich ubiegli i dokonali tego na własną rękę. Ten trop również okazał się błędny. Dwa dni później znowu ujęto innych podejrzanych, którzy mieli „kręcić się” koło tematu relikwiarza oraz skarbca. Mieli być przybyszami, tymczasowo osiadłymi w Gnieźnie. W końcu ich także zwolniono.

Eksperyment kryminalny

Choć śledczy nie ustępowali w działaniach, to jednak czas działał na ich niekorzyść. Postanowiono podjąć się kilku pewnych, rzadko stosowanych kroków. W kilku polskich więzieniach do wybranych cel dostarczono, niby przypadkiem, gazety zawierające artykuły o kradzieży. Dozorcy mieli przysłuchiwać się rozmowom więźniów, dyskutującym na ten temat. Informacje w ten sposób uzyskane nie były jednak zbyt pomocne.

Dwa lata po zdarzeniu z więzienia w Wiśniczu dotarł sygnał iż jeden ze skazanych zna autorów skoku. Jak twierdził kapelan z tej placówki, od odsiadującego 3-letnią karę Michała Kalinowskiego, dowiedział się o historii jego kolegi, niejakiego Giese z Trzebini, który to powiedział mu iż kradzieży dokonało dwóch mężczyzn, znanych włamywaczy krakowskich. Kilka dni przed 11 lipca mieli udać się do Poznania dwoma samochodami, skąd mieli udać się "na skok" do Gniezna. Ta informacja, o dziwo, zgadzała się z relacją organizatora wycieczki nauczycieli z Krakowa, który twierdził iż w trakcie pobytu w Gnieźnie, dołączyło do nich dwóch mężczyzn, którzy twierdzili iż uciekł im wcześniej pociąg. Mieli ze sobą walizki... Niestety, organizator nie miał listy zwiedzających, ani nawet nie znał dokładnej ich liczby. Ślad się urwał.

Wątpliwości śledczych budziła także możliwość podrobienia klucza w krótkim czasie. Tu także zdecydowano się na eksperyment przy udziale znanego włamywacza krakowskiego, przebywającego w więzieniu w Koronowie - Kurta Kreuzera. Ten powiedział, że jest w stanie wykonać to zadanie nie w dwadzieścia minut, ale w... dziesięć. W zamian zażądał 100 papierosów, kilograma słoniny i podwyższonej racji chleba. Otrzymał dodatkowo materiał: surowiec klucza, dwa pilniki i małą bańkę z tlenem. Po wykonaniu w wosku odcisku oryginalnego klucza od celi (zakładano, że włamywacze mogli takowy mieć), Kreuzera zamknięto w środku. Ku zdumieniu komisji, skazaniec wyszedł z niej po... sześciu minutach. Eksperyment potwierdził pewne przypuszczenia, ale nie przyczynił się za bardzo do rozwiązania zagadki, która pozostała niewyjaśniona aż do dziś...

Echa zdarzeń z 1923 roku

Śledztwo ostatecznie jednak utknęło, a śledczy mieli związane ręce, gdyż wszystkie poszlaki urywały się.Tymczasem w przeciągu ostatnich 30 lat w katedrze dokonano trzech zuchwałych kradzieży - srebrnej trumienki, obrazu oraz pierścienia ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Sprawców pierwszej i ostatniej udało się schwytać i ukarać, ale we wszystkich powyższych przypadkach, także tym z lipca 1923 roku, pojawiał się ten sam czynnik - brak zabezpieczeń. Nie zmienił się także inny element - społeczne oburzenie na rękę podnoszoną na świętość nie tyle kościelną, co wartość historyczną i narodową. 

 


Artykuł po raz pierwszy opublikowany 14 lipca 2015 r.

 

7 komentarzy

  • Link do komentarza cedomir czwartek, 12 lipca 2018 13:12 napisane przez cedomir

    Ależ to było faktycznie haniebne i do tego świętokradztwo.
    Moim zdaniem byli to Niemcy, albo Ukraince. Jak wiadomo nasze służby współpracowały wtedy zarówno ze STASI jak i ze służbami Ukraińskiej SRR. Możliwe jest też, że się przekradł od strony południowej jakiś Arab. Ich demoniczna religia chciała obrazić naszą podprowadzając bezczelnie te przedmioty kultu. Wydaje mi się, że żaden prawdziwy, godny Polak by tego nie zrobił.

  • Link do komentarza Ilcia czwartek, 12 lipca 2018 08:48 napisane przez Ilcia

    Senior...Cala prawda co Pan pisze.!!Ciekawe,ze bylo minelo!!

  • Link do komentarza stary wiarus środa, 11 lipca 2018 21:04 napisane przez stary wiarus

    @rrrfi - to jak mi wytłumaczysz fakt, że tych oderwanych sreber nie odnaleziono mimo usilnych poszukiwań i psów tropiących natychmiast po kradzieży i to w terenie niewielkim przy katedrze, po czym nagle odnaleziono je pod niewielka kupką żwiru koło tej katedry po dwóch bodajże tygodniach? Taki rzezimieszek, jak go nazywasz, wiedząc, ze cała Polska jest poruszona i szuka rzekomo sprawców, wraca na miejsce przestępstwa i zakopuje w piachu skradzione przedmioty?Tylko idiota w to może uwierzyć. Trudno, ale normalny człowiek nie da się zwieść.

  • Link do komentarza rrrfi środa, 11 lipca 2018 19:02 napisane przez rrrfi

    w latach 89/92przebywałem w zakładzie karnym w Rawiczu gdzie spotkałem jednego ze sprawców tej kradzieży.Po rozmowie z nim uznałem że jest to człowiek patologicznie zepsuty który nie do końca zdawał sobie sprawe co robią.Tak więc nie ma mowy aby tu jakieś Sb w tym maczało palce.Po prostu to było przestępstwo,popełnione przez bezmuzgich idiotów

  • Link do komentarza gnieźnianin środa, 11 lipca 2018 18:28 napisane przez gnieźnianin

    Ciekawe, że nadal nikt ani ze strony świeckiej ani kurialnej nie jest zainteresowany tak do końca tą dziwna kradzieżą. Uspokojono się wyrokiem na jakichś rzezimieszków, a jest więcej niż pewne, ze to nie oni byli głównymi organizatorami tego świętokradztwa.

  • Link do komentarza byli parafianie środa, 15 lipca 2015 10:40 napisane przez byli parafianie

    senior - ma Pan rację. W tym czasie byliśmy parafianami katedry, nasze dzieci po mszy św. biegały wokół kościoła i, pamiętam, ze były tam jakieś materiały budowlane, w tym kupki żwiru. I nagle, po jakimś czasie ze żwiru rzekomo wystawała jakaś część odłamanego elementu trumienki. Jestesmy pewni, ze to zostało podrzucone, by spektakularnie znaleźć! Dziwne, ze psy tropiące nawet się przy tej kupce żwiru przedtwem nawet nie zatrzymały Cała sprawa jest śmierdząca do dzisiaj i wierzę, ze to była zaplanowana akcja czynników rządowych!

  • Link do komentarza senior środa, 15 lipca 2015 10:21 napisane przez senior

    Autor pisze, ze sprawców kradziezy elementów srebrnej trumienki udało się schwytać. Niestety, ja jako starszy człowiek nie wierzę, ze sprawcy byli tymi, którzy wprawdzie dokonali tej haniebnej kradzieży, ale oni mieli mocodawców. Ówczesnej władzy była potrzebna taka spektakularna akcja związana z Kościołem i pokazanie sprawnośći wymiaru sprawiedliwości. Pamiętajmy, ze działo się to w roku 1986, a więc w okresie trwania procesu toruńskiego o zamordowanie ks. Popiełuszki. Proces toruński był jedną wielką farsą, więc trzeba było udowodnić społeczeństwu, że komunistyczny rząd jest sprawny i znajdzie złodzei tego gnieźnieńskiego dobra narodowego. I tak samo, jak w przypadku morderstwa błog. ks, Jerzego, tak samo w przypadku trumienki skazano tylko wykonawców, a nie wskazano do dzisiaj mocodawców i rzeczywistego kierownictwa tych zbrodni.

Skomentuj

W związku z dbałością o poziom komentarzy, prowadzona jest ich moderacja. Wpisy wulgarne, obsceniczne czy obrażające innych komentatorów i naruszające podstawowe zasady netykiety (np. pisane CAPS LOCKIEM), nie będą publikowane. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Ponadto prosimy nie umieszczać wklejonych obszernych tekstów, pochodzących z innych stron, do których to treści komentujący nie posiadają praw autorskich. Ponadto nie są dopuszczane komentarze zawierające linki do serwisów, prowadzonych przez wydawców innych lokalnych portali.

Wybory_2018_Makohonski

Ostatnio dodane