Wydrukuj tę stronę
środa, 17 sierpnia 2016 19:15

Taniec śmierci nad Wenecją

 
Taniec śmierci nad Wenecją Gniezno, koniec lat 30.

Młoda tancerka, odrzucone uczucia i brak wsparcia w miłosnej rozpaczy - tak w skrócie można opisać dramat, jaki miał miejsce na przełomie lipca i sierpnia 1932 roku nad Jeziorem Jelonek.

Był poniedziałkowy, wczesny ranek 1 sierpnia, kiedy to jeden z mieszkańców pobliskich domów przy ul. Poznańskiej, udał się nad brzeg akwenu. Posesja dochodziła aż do samej wody, także można było swobodnie i bez przeszkód dojrzeć z niej całe jezioro. Uwagę skupiło jednak coś nienaturalnego kształtu, unoszącego się tuż przy samym brzegu. Już po chwili było jasne, że były to zwłoki młodej kobiety. Na miejsce natychmiast została wezwana policja, która po przybyciu wyciągnęła ciało na brzeg. Okazało się, że denatką ubraną w strój wieczorowy, była młoda tancerka Maria Tolińska.

List w łódce

1 czerwca tego samego roku do Gniezna przyjechał Jan Pilawa-Czesławski. Znany "humorysta", można powiedzieć dzisiejszym językiem - kabareciarz, przywiózł ze sobą swój zespół oraz program artystyczny, którym zamierzał na zlecenie właściciela "Wenecji" Stanisława Berchieta bawić gości lokalu. W tym czasie restauracja, w której była także sala widowiskowa oraz wypożyczalnia łódek, stanowiła jeden z najatrakcyjniejszych punktów rozrywkowych w przedwojennym Gnieźnie. To właśnie od nazwy tej restauracji, jezioro aż po dziś jest przez gnieźnian określane "Wenecją" (tudzież "Weneją").


Wenecja, ujęcie tarasu restauracyjnego, położonego tuż nad jeziorem

Wśród grupy artystów, którzy przybyli z Pilawą-Czesławskim, była Maria Tolińska, występująca także pod pseudonimem Maryli Mirskiej. Była 18-letnią tancerką akrobatyczną, która swoim wyjątkowym talentem postanowiła zarobić na utrzymanie. Dziewczyna na tyle przypadła do gustu właścicielowi lokalu oraz gościom, że ten uzgodnił iż pozostanie ona nieco dłużej w Gnieźnie, aniżeli sam zespół - przynajmniej do końca lipca. Tak też się stało, choć nie wiedzieć czemu, praktycznie w przededniu swojego wyjazdu dziewczyna zniknęła.

Zaczęto jej szukać w sobotę 30 lipca. Zaniepokojenie wywołał fakt, że dzień wcześnie, a więc w piątkowy wieczór wyszła ze swojego pokoju i do niego nie wróciła. To, że wyszła, wcale nie wzbudziło uwagi dwóch współlokatorek, które wkrótce po tym zasnęły. Marii jednak nie było rano w pokoju, a także nie pojawiła się aż do pory obiadowej. Wczesnym popołudniem, jeden z pracowników "Wenecji" znalazł list, porzucony w łódce przypiętej do brzegu. Jak można było stwierdzić, był pisany ręką zaginionej, a w swojej treści żegnała się ona ze światem. Dopiero to spowodowało, że zaczęto na gwałt przeszukiwać całą okolicę i przepytywano wszystkie osoby, które mogły coś wiedzieć. W toku tych rozmów stwierdzono, że w ostatnich dniach Maria rozdawała gościom lokalu i znajomym kartki ze swoją podobizną i dopiskiem "śp." obok nazwiska. Nie trafiono na żaden ślad aż do poniedziałku...

Nad ciemną mogiłą

Po wyłowieniu, zwłoki denatki przewieziono do szpitala miejskiego. Wdrożono śledztwo, które zostało bardzo szybko zakończone - sędzia stwierdził iż na podstawie posiadanych informacji, Maria Tolińska bezapelacyjnie popełniła samobójstwo. W mieście jednak już krążyła informacja, jakoby ciało młodej dziewczyny było ubrane w buty, a na łodzi znaleźć miano także drugie damskie pantofle. Tymczasem przed opuszczeniem swojego pokoju, Maria zostawiła swoje buty pod łóżkiem, więc pogłoski uznano za zwykłą plotkę.


Ogród i restauracja "Wenecja"

O śmierci młodej dziewczyny, za pośrednictwem Jana Pilawy-Czesławskiego poinformowano jej matkę mieszkającą w Toruniu. Kobieta przybyła natychmiast do Gniezna, gdzie jej córka miała zostać pochowana już w środę. Początkowo na miejsce spoczynku wybrano cmentarz św. Krzyża, ale ostatecznie władze duchowne zadecydowały o zorganizowaniu pogrzebu na cmentarzu przy ul. Witkowskiej.

3 sierpnia w godzinach popołudniowych, ozdobiona licznymi wieńcami trumna z ciałem młodej dziewczyny wyjechała karawanem ze szpitala przy ul. 3 Maja. Tuż za nią szła matka Marii w towarzystwie najbliższych zmarłej koleżanek z "Wenecji", a także cały personel lokalu (Stanisław Berchiet opłacił pogrzeb z własnych środków) oraz, jak twierdzą ówczesne źródła, około 3 tysiące mieszkańców Gniezna. W swojej ostatniej woli Maria dziękowała orkiestrze restauracji za muzykę i prosiła o odegranie przez nią pieśni "Nad ciemną mogiłą", który to został wykonany wraz z marszem żałobnym przy bramie wejściowej na cmentarz. Mimo padającego ulewnego deszczu, pod samą nekropolię dotarło kilkuset gnieźnian.

Pogrzebana miłość

Być może współczesnemu odbiorcy taka historia wyda się prozą życia. Na co dzień informacje o podobnych dramatycznych zdarzeniach docierają do nas z każdej strony. Tymczasem wiadomość o śmierci tak młodej osoby w tak tragiczny sposób w przedwojennym Gnieźnie wywoływała poruszenie społeczne. Dowodem jest fakt iż w pogrzebie uczestniczyło tak wielu mieszkańców, a przecież zmarła nie była związana z miastem. Być może i powody śmierci miały tu jakieś znaczenie...

W okresie przedwojennym w zasadzie nie istniała instytucja ochrony prywatności, zwłaszcza w przypadku zdarzeń, które zyskały "rangę" publiczną. Tak było i w przypadku dramatycznego końca życia młodej Marii. Prasa nie tylko gnieźnieńska spekulowała, cóż mogło być przyczyną targnięcia się na życie. Wśród nich wymieniano m.in. "zawiedzione nadzieje na tle aspiracyj zawodowych", jednakże dziennik Lech. Gazeta Gnieźnieńska dość krótko opisał domniemaną przyczynę: - Co denatkę popchnęło do tego rozpaczliwego czynu dokładnie nie wiadomo, wskazują jednak na pozostawiony przez denatkę list, utrzymany w tonie marzycielskim i zawód miłosny jaki ją spotkał rzekomo ze strony jednego z orkiestrantów. Jeśli opis ten jest prawdą, to czy ów muzyk grał zmarłej na jej pogrzebie, tuż przy bramie cmentarnej? Tego już się nigdy nie dowiemy...

14 komentarzy