czwartek, 27 października 2016 18:14

Agent i morderca z litości

 
Ul. Chrobrego, skrzyżowanie z ul. Lecha i Sobieskiego w ok. 1918 roku. W kamienicy narożnikowej (po prawej) w latach 30. znajdowała się restauracja "Tosca" Ul. Chrobrego, skrzyżowanie z ul. Lecha i Sobieskiego w ok. 1918 roku. W kamienicy narożnikowej (po prawej) w latach 30. znajdowała się restauracja "Tosca"

Był spokojny, niedzielny wieczór, kiedy mieszkańcy ul. Chrobrego usłyszeli głuche wystrzały, jakie padły w jednej z restauracji. Po chwili z lokalu wybiegło w panice kilku klientów krzycząc: - Zabił! Zabił dziewczynę!

Życie towarzyskie Gniezna pod koniec lat 30. zaczynało coraz bardziej przypominać to, jakie było w innych, znacznie większych miastach kraju. Głęboki kryzys gospodarczy z początku dekady, który dotknął Polskę, szczególnie odbił się na społeczeństwie Grodu Lecha. W ostatnim okresie przed II wojną światową sytuacja zaczynała się nieznacznie polepszać, a kina i restauracje ponownie zaczynały się zapełniać. To w tych ostatnich kwitła kultura miasta. W nich spotykano się na spektaklach, koncertach, wykładach czy po prostu - rozmowach. W takiej atmosferze postanowił też zorganizować swój niedzielny wieczór Witold Jaśkiewicz.

Ona, on i oni

Miał 20 lat, kiedy w maju 1937 roku poznał młodszą o cztery lata Janinę Mazurkiewiczównę. Był młodym, dobrze zapowiadającym się cukiernikiem, którego matka prowadziła skład spożywczy przy ul. Trzemeszeńskiej. Znajomość z dziewczyną dość szybo przerodziła się w namiętną miłość - już w czerwcu tego samego roku oświadczył się, a zapatrzona w niego Janina pozytywnie odpowiedziała na propozycję zaręczyn.

Na związek nieco inaczej spoglądała jej rodzina. Dopiero później, przed sądem Witold wprost powiedział, co było powodem niesnasek - miał on zdradzić Policji miejsce przebywania niejakiego Nowaka, jednego z lokalnych przestępców. Ów jegomość ukrywał się w okolicach Gniezna, a w trakcie obławy służb, poszukiwany miał zostać zastrzelony. Jak później twierdził Witold, Nowak prywatnie był narzeczonym Bronisławy Mazurkiewicz, matki Janiny. Wiadomość o tym, że to on jest donosicielem i „sprawcą” śmierci przestępcy, miała spowodować iż rodzina Mazurkiewiczów chciała dokonać swoistej wendety, której celem był Witold. Ponieważ młoda Janina za nic w świecie nie chciała opuścić narzeczonego, także i ona sama nie mogła się czuć pewnie. Można powiedzieć - prawie jak w południowoamerykańskim serialu.

Agent

Sam Witold nie był jednak takim uczciwym narzeczonym, jakby to się wydawało – chłopak prowadził podwójne życie i to dosłownie. Już w styczniu 1938 roku poznał Marię Kujawską, której przedstawił się jako... agent służby śledczej. Musiał być dość dobrze wprawionym podrywaczem, skoro także i tę młodą dziewczynę zainteresował swoją osobą na tyle, żeby już wkrótce zaproponować oświadczyny. Miał jednak w tym ukryty cel, który bardzo szybko wyjawił - w niedzielne przedpołudnie 30 stycznia udał się do domu rodzinnego Kujawskich, gdzie w rozmowie z rodzicami Marii próbował ich przekonać do sprzedaży rewolweru. Jak twierdził, swoją służbową broń miał zagubić, a była ona mu niezbędna do pracy – jak na „agenta” przystało. Gospodarz domu stanowczo sprzeciwił się chłopakowi. Podglądając jednak, gdzie pan Kujawski chowa swój pistolet, Witold podstępnie go stamtąd wykradł i opuścił mieszkanie.

Tego samego dnia, koło południa, młody mężczyzna udał się na ul. Cichą, która wówczas znajdowała się na dalekich peryferiach Gniezna. To tam mieszkali Mazurkiewiczowie, a w trakcie swojej obecności w ich domu, zaprosił Janinę wraz z matką na seans filmowy do kina Apollo na godzinę 17. O umówionej porze pojawiła się jednak tylko dziewczyna, dlatego Witold postanowił dalej działać według planu. Po obejrzeniu filmu, około godziny 19 narzeczeni udali się do restauracji „Tosca”, która znajdowała się na rogu ul. Chrobrego i Sobieskiego, naprzeciwko koszar.

Mimo iż był to niedzielny wieczór, wszystkie stoliki w lokalu były zajęte – zapowiedziany był kameralny koncert lokalnej orkiestry. Młodzi postanowili dosiąść się do kuzyna dziewczyny Mariana Wiśniewskiego, który przebywał w restauracji wraz ze swoją towarzyszką. Po zjedzeniu wspólnej kolacji, Witold na chwilę skierował się do bufetu, skąd wziął kartkę i ołówek. Następnie przyłączył się do znajomych, siedzących przy innym stoliku i tam zakreślił na papierze: „Życzę sobie, aby pogrzebano mnie wraz z Mazurkiewiczówną”, a następnie schował tę wiadomość do kieszeni. Na późniejszej rozprawie jego kolega Roman Cieślewicz (siedzący przy owym stoliku) powiedział, że Witold szepnął mu iż „za chwilę wraz z Janiną padną trupem”, czemu ten - rzecz jasna - nie dowierzał.

(Nie)celny strzał

Kiedy chłopak powrócił do stolika, najwyraźniej nie wiedział jeszcze, jak do końca rozegrać całą sytuację. Emocje musiały sięgać zenitu, bowiem siedzący obok Wiśniewski należał do zwaśnionej z nim rodziny, dlatego poprosił go o to, by zamienił z nim słowo na osobności - w toalecie. Kiedy ten tylko wyszedł, akurat orkiestra w lokalu zaczęła grać muzykę. Siedzący jeszcze przy stoliku Witold delikatnie nachylił się do Janiny, szepcząc jej jakieś słowo, a następnie wyciągnął ukryty w spodniach rewolwer i strzelił dziewczynie prosto w głowę. Kiedy ta zsunęła się z krzesła, oddał do niej drugi strzał.

Wybuchła panika - część klientów zaczęła uciekać z lokalu, inni schowali się pod stołami lub za bufetem. Na powstały hałas z toalety powrócił Wiśniewski - tu morderca powitał go dwoma strzałami z odległości 3 metrów, trafiając go jednak tylko w prawą rękę. Wówczas zdenerwowany Witold zauważył, że za chwilę może zostać obezwładniony, dlatego zdecydował się na ostatni punkt planu - skierował lufę w swoją głowę. Pociągnął za cyngiel, ale broń nie wystrzeliła. Przeładował ją, po czym padł w końcu celny strzał.

Na miejsce natychmiast przyjechała zaalarmowana policja, a wokół lokalu tłumnie zgromadzili się gapie. Wezwany lekarz stwierdził zgon dziewczyny, natomiast sam morderca był ciężko ranny, ale żył - został natychmiast przewieziony do szpitala miejskiego, gdzie poddano go operacji. Jak się okazało, jego stan bardzo szybko się poprawił, gdyż strzelał niecelnie i w efekcie tego stracił tylko oko.

Łaskawca i konfident

Morderstwo było wstrząsające, podobnie jak jego przyczyny, jakie wyszły na jaw w trakcie rozprawy. Ta, po wykonaniu badań psychiatrycznych oraz zebraniu dowodów odbyła się 7 czerwca 1938 roku przed tutejszym Sądem Okręgowym. Była to kolejna tak głośna sprawa w międzywojennym Gnieźnie, dlatego nie ma co się dziwić, że i tutaj pojawiły się tłumy zainteresowanych jej przebiegiem.

Morderca dość wylewnie wypowiadał się na temat swojego związku z zabitą dziewczyną. Przyznał się do swojego czynu i wyraził skruchę. Jak dodał, niedziela 30 stycznia miała być dniem, w którym zginąć mieli oboje. Niesnaski rodzinne, a także groźba śmierci za donos na Nowaka przekonały ich do tego, że nie mają czego szukać na tym świecie. Przed sądem Witold przekonywał: - Janina prosiła mnie, żeby gdy tylko w restauracji zacznie grać orkiestra, ją pierwszą miałem zastrzelić, a następnie siebie. Dodał też, że notatkę o wspólnym pochówku, którą nakreślił na chwilę przed mordem, napisał za jej zgodą.

Jednym z zeznających świadków był kierownik wydziału śledczego Policji Państwowej w Gnieźnie Karol Buszkiewicz. Przekazał iż Witold Jaśkiewicz był płatnym konfidentem, który dostarczał informacji miejscowym funkcjonariuszom: - Dwa dni przed mordem przybył do mnie bardzo przygnębiony i opowiadał mi, że daremnie łudził się ze swoimi uczuciami do Janiny. Dodał też, że Mazurkiewiczowie chcą go zamordować. Kazałem mu przyjść do mnie w poniedziałek - mówił policjant. Tymczasem matka zamordowanej stwierdziła iż Janina początkowo kochała Witolda, ale później ten miał ją zacząć maltretować, więc miłość przygasła. Dodała też, że Nowaka, który miał być jej rzekomym narzeczonym, w ogóle nie znała.

Zabójstwa w stanie silnego wzruszenia

Biegły psychiatra stwierdził iż Witold Jaśkiewicz jest symulantem, jednak jego stan psychiczny był i jest jak najbardziej w porządku. Przyznał jednak, że o ile próba zastrzelenia Mariana Wiśniewskiego była popełniona jak najbardziej pod wpływem chwili, o tyle zabicie Janiny Mazurkiewiczówny było za jej zgodą, a to tym samym uchodziło za warunek znacznie ułaskawiający. Rozprawa i przesłuchania trwały cały wtorek 7 czerwca 1938 roku do godzin wieczornych i kiedy przyszło do ostatniego słowa, morderca powiedział: - Jeśli sąd nie chce dać moim zeznaniom wiary, to proszę o karę śmierci!

W końcu o siódmej wieczorem zapadł wyrok: za zabójstwo dziewczyny 2 lata więzienia, za próbę zabójstwa Wiśniewskiego 2 lata więzienia – w sumie kara miała wynieść 3 lata więzienia. Trybunał uznał, że w trakcie rozprawy pojawiło się sporo sygnałów świadczących na korzyść Jaśkiewicza, a próba jego oskarżenia przez świadków nie jest poparta żadnymi dowodami.

Prokurator uznał jednak iż sąd pomylił się w swojej opinii, dlatego złożył apelację. Stwierdził bowiem, że zabójstwo dziewczyny nie nosiło żadnych znamion „morderstwa z litości” i żądał podwyższenia kary. Kolejna rozprawa toczyła się już przed Sądem Apelacyjnym w Poznaniu na początku lipca 1938 roku. Stwierdzono, że faktycznie Jaśkiewicz dokonał „zabójstwa dziewczyny w stanie silnego wzruszenia”, niemniej utrzymany został wyrok trzech lat pozbawienia wolności.

*  *  *

Nie jest znany dalszy los Witolda Jaśkiewicza, ani nie wiadomo czy odbył pełen wymiar kary. Jeśli nie uzyskał zwolnienia warunkowego, prawdopodobnie w więzieniu zastał go wybuch II wojny światowej. Nigdy już się nie dowiemy, co faktycznie kierowało mordercą, ani jakie były rzeczywiste przesłanki do jego uczynku.

4 września 1939 roku kamienica na rogu Chrobrego i Sobieskiego, w której znajdowała się restauracja „Tosca”, została zbombardowana przez niemieckie samoloty. Dziś w tym miejscu wznosi się blok mieszkalny.

3 komentarzy

  • Link do komentarza Zyga poniedziałek, 31 października 2016 21:57 napisane przez Zyga

    Szkoda, że nie są znane dalsze losy "bohaterów" przedwojennego przestępczego życia,a byłoby ciekawe, jak Niemcy obeszli się z polskimi więźniami będącymi 1 września w więzieniach?

  • Link do komentarza wania czwartek, 27 października 2016 21:59 napisane przez wania

    Cóż, takie losy konfidentów. I tak ciekawe, że tak długo dali mu żyć. Może jednak sporo chłopak nawymyślał dla bajeru przed dziewczynami? No bo gdyby chcieli go zaciukać, to zrobiliby to tak, czy siak, więc na co czekali?

  • Link do komentarza miejscowy czwartek, 27 października 2016 21:55 napisane przez miejscowy

    Piękna kamienica. Niestety,teraz stoi tam brzydki blok.

Skomentuj

W związku z dbałością o poziom komentarzy, prowadzona jest ich moderacja. Wpisy wulgarne, obsceniczne czy obrażające innych komentatorów i naruszające podstawowe zasady netykiety (np. pisane CAPS LOCKIEM), nie będą publikowane. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Ponadto prosimy nie umieszczać wklejonych obszernych tekstów, pochodzących z innych stron, do których to treści komentujący nie posiadają praw autorskich. Ponadto nie są dopuszczane komentarze zawierające linki do serwisów, prowadzonych przez wydawców innych lokalnych portali.

Ostatnio dodane