Znak za znakiem, a między nimi tablica. Nadmiar informacji a wymogi przepisów

Nowe tablice informujące o miejscach bytowania wolno żyjących kotów kilka tygodni temu wywołały dyskusję o nie tyle o ich znaczeniu, ale też o ilości samych znaków w przestrzeni Gniezna, w tym o ich nadmiarze. Władze miasta przekonują, że oznakowanie dróg wynika przede wszystkim z obowiązujących przepisów. Tymczasem od lat mówi się o „znakozie” występującej na terenie kraju i ograniczeniu ich ilości przy drogach.
Tablice o wolno żyjących kotach to nie są znaki drogowe, ale tablice pełniące dodatkową funkcję informacyjną. Przynajmniej w teorii, bo taka ich wersja została zaakceptowana przez zarządców dróg oraz tak tłumaczono ich ustawienie. Znaki zostały sfinansowane z prywatnej kieszeni, o czym informowaliśmy.
Przy tamtej okazji pojawiły się również komentarze mieszkańców dotyczące w ogóle liczby znaków drogowych na terenie miasta, ale nie tylko. Jest ich dużo i to nie tylko w Gnieźnie, ale w ogóle w całym kraju. Każdy, kto trochę „zjeździł” Europę, może powiedzieć, że nawet za dużo.
Specjaliści od organizacji ruchu od lat zwracają uwagę na zjawisko określane mianem „znakozy”. Termin ten odnosi się do nadmiernego nagromadzenia znaków i tablic w przestrzeni publicznej, które zamiast poprawiać czytelność organizacji ruchu, mogą utrudniać kierowcom szybkie dostrzeganie najważniejszych informacji. Zdarza się, że nawet jeden zaprzecza drugiemu stojącemu na tym samym odcinku ulicy.
W Gnieźnie znaków jest sporo i to nie tylko tych drogowych, do których dołożono teraz te „kocie” w ilości kilkunastu sztuk. Jest też sporo tablic informacyjnych i niekontrolowanych reklam w pobliżu dróg, które dodatkowo dekoncentrują kierowców. A kwestia tego, czy na znaki się patrzy czy jedzie „na pamięć”, to osobna kwestia.
Przy okazji sprawy tablic z kotami zapytana o ilość znaków na ulicach zastępczyni prezydenta Gniezna Joanna Śmigielska przyznała: – Tych znaków jest tyle, ile wymagają od nas przepisy. Rzeczywiście mamy dużo dróg głównych i podporządkowanych i to na pewno wpływa na ilość oznakowania. Gdybyśmy mieli więcej ulic równorzędnych, tych znaków byłoby mniej. W centrum oznakowania jest jeszcze więcej, ponieważ dochodzą ulice jednokierunkowe. Kilka lat temu niektóre znaki w śródmieściu zaczęto zastępować nieco ich zmniejszonymi wersjami, co na pewno jest na plus, ale proces ten przystopował.
Ostateczna liczba znaków nie zależy jednak wyłącznie od decyzji samorządu czy mieszkańców. Każda propozycja ich ustawienia lub likwidacji w mieście, ale też całym powiecie, jest opiniowana przez komisję doradczą działającą przy Starostwie, do której należą m.in. czterej zarządcy dróg, przedstawiciel KPP Gniezno, Straży Miejskiej oraz MPK Gniezno.
Pozostaje jednak kwestia kontrolowania w ogóle tego, co się dzieje na drogach ze znakami. A tego wydaje się, że nie ma. Przykładowo – na ul. Chrobrego przez kilka lat wyjazd z dawnych koszar stanowił też drogę dla karetek, które tam stacjonowały. Od końca ub. roku zespoły ratownictwa medycznego stacjonują już na „Dziekance”, ale znaki informujące istnienie wyjazdu karetek na ul. Chrobrego nadal stoją.
Są też i takie miejsca, gdzie znaki są kompletnie nierespektowane nie tylko przez kierowców, ale i służby porządkowe. Na przykład na wysokości cmentarza św. Krzyża, w pobliżu bramy głównej, od lat stoi zakaz parkowania przed kamienicami, ale auta cały czas tam stoją. Po co więc jest ten znak, skoro nikt go „nie uznaje”?
I kolejny przypadek – powiększona strefa zamieszkania w ścisłym otoczeniu Rynku (znak na ul. Dąbrówki ustawiono w bardzo słabo widocznym miejscu). Pomimo, że oznacza, że parkowanie może odbywać się tylko w wyznaczonych miejscach, nadal stoją znaki zakazu zatrzymywania się na niektórych ulicach nim objętych. A patrząc na obowiązujące przepisy – są już zbędne. Osobną kwestią pozostaje to, czy kierowcy w ogóle rozumieją przesłanie prostokątnego, niebieskiego znaku, ale od wyciągania konsekwencji braku wiedzy są służby.
A nieco poza centrum? Ul. Chudoby i znak B-6 – zakaz wjazdu pojazdom rolniczym. Jego obecność była uzasadniona, póki istniała mleczarnia i dostawy od rolników z różnych wsi, ale zakładu nie ma już od wielu lat i konia z rzędem temu, kto udowodni, kiedy ostatni raz widział transport rolniczy na tej ulicy.
Do tej pory nie było propozycji, by przyjrzeć się oznakowaniu, którego mogłoby być w nadmiarze na terenie miasta czy w powiecie, ale takie kroki podejmowali już indywidualnie zarządcy dróg. Trzy lata temu akcję przeprowadziła Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, która przyjmowała wnioski kierowców w zakresie nadmiaru lub innych kwestii dotyczących konkretnej puli znaków, wykazanych w zamieszczonym komunikacie. Efekt? Zdecydowano, że należy usunąć około 9 tysięcy nadmiarowych znaków z podległych Dyrekcji dróg w całej Polsce.
Oczywiste, że w Gnieźnie nie ma aż takiego nadmiaru znaków, ale wspomniane trzy przykłady pokazują, że coś z tym systemem jest nie tak. Jeśli nie jest ich aż nadto, to z drugiej strony stoją takie, które są ignorowane. A może właśnie jedno wynika z drugiego i utarło się w świadomości, że ustawienie znaków to tylko umowa społeczna, która „raz działa, a raz nie”? To może jednak pora na ich redukcję? Bo o reedukacji kierowców można zapomnieć.
#Tagi
W związku z dbałością o poziom komentarzy prowadzona jest ich moderacja. Wpisy mogące naruszać czyjeś dobra osobiste lub podstawowe zasady netykiety (np. pisanie WIELKIMI LITERAMI), nie będą publikowane. Wszelkie uwagi do redakcji należy kierować w formie mailowej. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.






















Widoczność znaków to też problem. Ul. Fałkowska i zakaz skrętu w Odonica. Są kierowcy notorycznie jadą pod prąd.
Bardzo dobry artykuł który w końcu porusza ważną kwestię dla uczestników ruchu. Znaków jest za dużo, zdecydowanie. Warto też pochylić się nad znakiem strefy zamieszkania (D-40) który nie tylko jest w centrum ale także na innych mniejszych ulicach jak np. Promienista, Bzowa, park Dziekanki itd. Przepisy jasno „mówią” że parkować w takiej strefie można jedynie na wyznaczonych miejscach parkingowych a niestety nikt ze zmotoryzowanych tego nie respektuje i parkują wzdłuż ulic. Istnieje zatem pytanie – czy warto takie znaki w ogóle umieszczać? Warto jakby tej sprawie także przyjrzały się organy takie jak policja czy straż miejska.