Jesteś tutaj:Reportaże „Jedziemy do koszar dragonów” - wspomnienia Bolesława Kasprowicza juniora
poniedziałek, 28 grudnia 2020 18:20

„Jedziemy do koszar dragonów” - wspomnienia Bolesława Kasprowicza juniora

 

Kontynuując opis wydarzeń, które stały się udziałem Bolesława Kasprowicza juniora, tym razem przytaczamy fragment jego wspomnień z 28 grudnia 1918 roku - dnia, w którym miało miejsce wyzwolenie Gniezna.

W książce Byłem juniorem, który stanowi swojego rodzaju pamiętnik z życia syna gnieźnieńskiego fabrykanta, Bolesław Kasprowicz opowiada o wydarzeniach związanych z wybuchem powstania w Grodzie Lecha. Przebieg tych wydarzeń, spisanych słowami jednej z osób z pierwszej linii, nie jest wielu znany, gdyż publikacja ta ukazała się 55 lat temu.

Poniżej przedstawiamy kolejne, wybrane fragmenty, opowiadające o sytuacji w Gnieźnie właśnie 28 grudnia 1918 roku. 

W sobotę 28 grudnia miała się w Gnieźnie odbyć pierwsza zabawa młodzieży akademickiej. Zjechało już sporo studentów z frontu i z garnizonów oraz z uczelni do swych domów. Byłem jednym z organizatorów zabawy, która miała rozpocząć się o godzinie 20. O 18 byłem więc, jako gospodarz, już gotów do wyjścia, ubrany w wytworny smoking, kreację drezdeńskiego krawca, która napawała mnie bardzo młodzieńczą jeszcze dumą. W tym momencie zajechał przed dom Rodziców samochód z polską chorągiewką. Wysiadł mężczyzna w mundurze, z trzema opaskami na rękawie: jedną biało-czerwoną i dwiema czerwonymi rad robotniczo-żołnierskich Berlina i Poznania. Wszedł do biura, jeszcze czynnego, żądając rozmowy z Ojcem. Poinformowałem go, że Ojca wezwano w związku z wypadkami wczorajszymi do Poznania.

- Jestem emisariuszem Naczelnej Rady Ludowej, nazywam się Piotr Walczak. Proszę zwołać mi natychmiast Radę Ludową. 

Ton rozkazujący nie dopuszczał sprzeciwu. Nie przyszło mi wówczas na myśl, że Walczak nie może być wysłannikiem Naczelnej Rady Ludowej, skoro Ojciec mój jest tam na posiedzeniu. Zresztą nie interesowało mnie to zupełnie w chwili, kiedy usłyszałem żądanie Walczaka. Był to dla mnie rozkaz wyzwolonego wczoraj Poznania. Nie ulega wątpliwości, że Walczak co najmniej zaskoczył Naczelną Radę Ludową i działał na odcinku Gniezno-Trzemeszno-Mogilno od niej niezależnie. Potwierdziła mi to rozmowa z wysłannikiem Naczelnej Rady Ludowej, lekarzem drem Szulczewskim, który przybywszy po dwóch dniach w rozmowie ze mną nie potrafił ukryć swego przerażenia: Czego Pan narobił!

Nie zastanawiając się więc długo, wykonałem polecenie Walczaka, ściągając telefonicznie i przez gońca członków Rady Ludowej. Walczak zażądał w tonie kategorycznym, aby członkowie Rady udali się z nim niezwłocznie do koszar obu pułków garnizonu gnieźnieńskiego: 49 pułku piechoty pruskiej i 12 pułku dragonów pruskich. Nastąpiła chwila wahania, starsi panowie byli wyraźnie zaskoczeni, ale wszyscy przystali.

- Jedziecie Panowie ze mną do koszar piechoty - zwrócił się do nich. Do mnie zaś rozkazująco rzekł:

- Pan pójdzie na miasto i będzie kierował Polaków w stronę koszar piechoty.

Tak się też stało. Poszliśmy z Czesławem Koczorowskim, kupcem z ul. Warszawskiej. Garnizon był już mocno przetrzebiony, ci zaś, co pozostali na miejscu, porozchodzili się po mieście. Komendant garnizonu, major v. Schmakowsky (!), zupełnie zaskoczony, zgodził się natychmiast na kapitulację. Nie miał zresztą w nikim oparcia, gdyż w Radzie Żołnierskiej pułku było wielu ludzi naszych

Gdy wróciliśmy z Garbarni, gdzie liczyliśmy na chociaż pół setki robotników, a nie zebrali nawet dziesięciu (bo był już feierabend), zastałem w naszym biurze już całą ekipę, która uzyskała kapitulację w koszarach piechoty. Wynikało z relacji, że do koszar dragonów za miasto, na szosę wrzesińską, udał się dyrektor cukrowni Zygmunt Kittel. Ale Walczakowi to nie wystarczyło. Zakomenderował krótko, wskazując na mnie:

- Jedziemy do koszar dragonów.

Tymczasem sporo Polaków napłynęło do objętych przez powstańców koszar piechoty i pobrało broń, wychodząc z nią do miasta. Gdy wsiadałem z Walczakiem do samochodu, otrzymaliśmy ochotniczą asystę trzech powstańców uzbrojonych w karabiny. Jednym z nich był adwokat Jan Kuczyński z Katowic, nazwisk dwóch innych nie przypominam sobie. Zdążyłem się przedtem nareszcie przebrać ze stroju balowego w normalne ubranie i opasałem się koplem” pruskiego piechura, na którym zawiesiłem własny browning. Ruszyliśmy pod wodzą Walczaka.

Po drodze spotkaliśmy p. Kittla - wracał już w asyście powstańców. Niestety, dowiedzieliśmy się, iż umówi się z komendantem dragonów, że zostawi Niemcom uzbrojenie i wewnętrzne posterunki w koszarach i że polskie posterunki obejmą jedynie warty zewnętrzne. Oznaczało to, że główny odwach w obrębie koszar, tuż przy głównej bramie, pozostawał w ręku pruskich dragonów, co dawało im możność zaatakowania wyzwolonego śródmieścia.

Około godziny 21 weszliśmy z Walczakiem do izby wartowniczej. Walczak, uzbrojony i władczy, zażądał widzenia z przewodniczącym rady żołnierskiej pułku. Po krótkiej chwili zjawił się w tym charakterze jakiś sierżant i rozpoczęły się nie tyle pertraktacje, ile rozkazy Walczaka. Sierżant był uległy, nie odmawiał wydania broni ani wpuszczenia polskiej warty na odwach wewnętrzny. Prosił jednak, aby iść z nim do kasyna, do dowódcy, z którym należy to załatwić. Walczak wyraził zgodę, pomrukując, i udaliśmy się do kasyna sąsiadującego z koszarami. Siedziało tam kilku oficerów, paląc papierosy. Wśród nich lejtnant Kiekebusch, syn byłego dyrektora stadniny w Gnieźnie, który z tego tytułu dostąpił zaszczytu służenia w pułku arystokratycznym. Kiekebusch był flegmatyczny, żył dawniej zresztą poprawnie z polskimi kolegami z gimnazjum. Mnie bodaj nie poznał, bo kolegowaliśmy się tylko w jednej klasie, ale z Kuczyńskim kiwnęli sobie uprzejmie głowami. 

Walczak stawiał kategoryczne żądania, ale i pan dowódca był obcesowy. Wyraził on swoje ubolewanie, że przychodzimy z nowymi żądaniami, kiedy przecież godzinę temu zawarte zostało porozumienie z tym panem” w sprawie tymczasowego modus vivendi. Sierżant-przewodniczący rady żołnierskiej milczał, salutując z namaszczeniem swoim przełożonym. Walczak uderzył w ton patetyczny i agitacyjny:

- Nie słuchajcie ich, usuwajcie ich - zawołał pod adresem rady żołnierskiej, zwracając się do sierżanta. 

Atmosfera zaczęła się zmieniać. Dowódca ustąpił i kazał wydać broń i amunicję oraz wpuścić do koszar patrole powstańcze. Gdy wychodziliśmy z mesy oficerskiej, odezwałem się głośno: Patrzałem, jak wczoraj w Poznaniu wasi oficerowie znieważali flagi naszych sojuszników - to się w Gnieźnie już nie powtórzy!

Oficerowie przysłuchiwali się wszystkiemu z apatią, nikt ust nie otworzył (...).

Po powrocie do miasta, około godziny 22, udaliśmy się z Walczakiem wprost do koszar piechoty. Gospodarzyli tam już powstańcy wśród znacznego bezhołowia, bo nie było jeszcze formalnego dowództwa. W kasynie, które leżało na terenie koszar, oficerowie pruscy grali beztrosko w bilard, jakby nie obejmował ich dokonujący się przewrót. 

Trzeba było natychmiast przystąpić do organizowania wojskowości w Gnieźnie, trzeba było wybrać komendanta miasta i garnizonu. Zebrała się tedy w kasynie o północy Rada Ludowa, a raczej jej filary, bo wszystko dokonywało się szybko i nie było czasu ani możliwości zwoływać wszystkich członków.

Wybór padł na wspomnianego już Zygmunta Kittla, dyrektora cukrowni w Gnieźnie (...).

Po tych wyborach, na które się wślizgnąłem, byłem przekonany, iż moja efemeryczna rola jest skończona i że mogę iść spać w poczuciu, że nie zawiodłem, gdy los włożył w moje ręce na kilka minut odpowiedzialność za prawidłowy bieg wydarzeń. Walczak jednak postanowił sobie, widać, uczynić ze mnie przybocznego adiutanta i rzucił krótko:

- Jedzie pan ze mną do Trzemeszna.

Ciąg dalszy nastąpi

Skomentuj

W związku z dbałością o poziom komentarzy, prowadzona jest ich moderacja. Wpisy wulgarne, obsceniczne czy obrażające innych komentatorów i naruszające podstawowe zasady netykiety (np. pisane CAPS LOCKIEM), nie będą publikowane. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Ponadto prosimy nie umieszczać wklejonych obszernych tekstów, pochodzących z innych stron, do których to treści komentujący nie posiadają praw autorskich. Ponadto nie są dopuszczane komentarze zawierające linki do serwisów, prowadzonych przez wydawców innych lokalnych portali.

m

Ostatnio dodane