Rabunki, gwałty, rozboje. Sowieckie „wyzwolenie” w tajnych raportach i nowej publikacji

W minioną środę, kiedy przypadła 81. rocznica wkroczenia Armii Czerwonej do Gniezna, odbyło się spotkanie poświęcone nieznanemu rozdziałowi tej historii. Regionalista Marek Szczepaniak zajął się raportami z 1945 roku, w których zawarte były opisy przestępstw dokonanych przez żołnierzy sowieckich na miejscowej ludności zarówno w mieście, jak i w powiecie. Promocja publikacji odbyła się w Domu Powstańca Wielkopolskiego, który wypełnił się zainteresowanymi tą historią.
Publikacja jest pierwszym tak widocznym dziełem Stowarzyszenia (Nie)znani Gnieźnianie, którego celem jest przypominanie o postaciach, które były ważne dla historii miasta, ale z różnych powodów są zapomniani – co dotyczy także miejsc ich spoczynku. Jednocześnie jednak sama książka jest zbiorem materiałów, opracowanych przez Marka Szczepaniaka, który już poruszał się w tej tematyce przy okazji publikacji w 2015 roku książki-albumu o podpaleniu katedry przez Armię Czerwoną (co nastąpiło 23 stycznia 1945 roku) pt. „Powiat gnieźnieński w rękach sowieckich „wyzwolicieli””.
Spotkanie otwarte zostało przez Martę Karalus-Kuszczak, która powitała zgromadzonych w instytucji, a następnie głos zabrał krótko Jacek Wrzesiński, przybliżający działalność stowarzyszenia. Samą rozmowę z autorem poprowadził regionalista Rafał Jurke.
Marek Szczepaniak na swój warsztat wziął to, co od lat czekało na opracowanie i przekazanie dalej – zapiski tajnych (dawniej) raportów Milicji Obywatelskiej i urzędników ze Starostwa, a które to dotyczyły przestępstw dokonywanych przez Armię Czerwoną po 21 stycznia 1945 roku.
– Publikacja dotyczy dość ograniczonego terenu, bo w zasadzie dwóch powiatów – ziemskiego i grodzkiego, ale to obecnie jest jeden powiat gnieźnieński. Dotyczy także dość ograniczonego zakresu chronologicznego, bo jest to 11 miesięcy, a więc praktycznie od końca stycznia 1945 roku. Większość oddziałów Armii Czerwonej opuściła teren powiatu gnieźnieńskiego 25 września 1945 roku, ale narracja jest doprowadzona do końca roku, chociażby z tego względu na to, że w statystykach milicyjnych, które były głównym źródłem do napisania tej broszury, podaje się je na stan do końca grudnia 1945 roku – mówił Marek Szczepaniak, przybliżając zakres swojego opracowania.
– Do 1989 roku ten temat w historiografii w ogóle nie istniał. Skutecznie dbał o to Urząd Kontroli Publikacji Prasy i Widowisk i wiadomo było, że w kraju takie prace nie mogą się ukazać. To, co się ukazywało za granicą, to były prace oparte głównie na pamiętnikach, memuarach, zawierające dane czasem trudne do weryfikacji, a tymczasem w aktach informacje te się znajdowały i mogły być wykorzystane po 1989 roku. Lata 90. to taki okres, kiedy przez pewien czas był dostęp do archiwów rosyjskich. Niestety, okres ten przez polskich historyków nie został wykorzystany, a w tej chwili, jak można się zorientować, archiwa rosyjskie są przed nami również zamknięte, w tym także możliwość zebrania informacji, ale nie oznacza to, że nie możemy prowadzić żadnych badań na ten temat. To, co da się ustalić na podstawie informacji zawartych w polskich archiwach, to zaczęło się pojawiać, niestety w gruncie rzeczy dopiero po 2000 roku – powiedział autor i dodał jeszcze, że często temat ten traktowany jest jako akcent w całości opracowań, choć są publikacje, gdzie poruszono go niekiedy szerzej – także na terenie Wielkopolski.
– Główną bazą źródłową dla tej książki stały się akta przechowywane w gnieźnieńskim oddziale Archiwum Państwowego w Poznaniu, Akta Starostwa Powiatowego w Gnieźnie z lat 1945-1950, a tutaj zakres chronologiczny jest ograniczony do 1945. Są to raporty dekadowe, pisane przez Komendę Powiatową Milicji Obywatelskiej i sprawozdania miesięczne Starostwa, które były przesyłane do władz wojewódzkich. One były pisane na podstawie wcześniejszych sprawozdań jednostek podległych Starostwu, które były przesyłane do Starostwa, a urząd robił z tego zbiorowe opracowanie i przesyłało dalej do władz wojewódzkich. Zarówno te sprawozdania i raporty dekadowe były tajne, a więc nie były przeznaczone do lektury dla ogółu, a więc pisali „swoi dla swoich”, stąd wiarygodność tych akt jest moim zdaniem o wiele większa. Uzupełniające znaczenie miały sprawozdania pisane przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, z tego względu, że bezpieka w zasadzie powielała sprawozdania Milicji. Istniała taka zasada, że żołnierze sowieccy, złapani na gorącym uczynku przez polskich milicjantów, mieli być odstawiani do UB, a UB przekazywało ich do ukarania dowództwu sowieckiemu – mówił Marek Szczepaniak, nadmieniając, że sięgnął także po akta partyjne komitetu miejskiego i powiatowego PPR.
Jak wskazał autor, w opracowaniach z tego okresu pojawiają się także zeznania świadków, ale ma on do tego źródła pewien dystans, wynikający z naukowej ostrożności: – Owszem, są one ważne, ale w wielu przypadkach są nieweryfikowalne. Jest jedno słowo, świadek coś widział i tego nie można w żaden sposób zweryfikować, chyba, że pojawi się drugi nieznający go świadek, który widział to samo i zapamiętał tak samo. Zwłaszcza relacje składane po 70 czy 80 latach od wydarzeń, to ich wiarygodność jest dość ograniczona. Te, które się pojawiają czasem, o których wspominam, to ich pierwsza część była zebrana przez pana Bogumiła Bieleckiego, kiedy w 2006 roku przygotowywał swoją pierwszą wersję filmu o spaleniu katedry. Wtedy nagrał relacje osób, z których w tej chwili nikt nie żyje, a w 2015 roku, w 70-lecie podpalenia katedry, ukazał się album, w którym znalazły się zdjęcia wykonane 23 stycznia 1945 roku przez Juliana Śmieleckiego i tam były takie krótkie teksty, m.in. napisany przez Bogumiła Bieleckiego, w którym on próbował odtworzyć przebieg wydarzeń na podstawie zeznań świadków – opowiadał Marek Szczepaniak, wskazując na te wspomnienia, które znalazły się także w publikacji i, co należy rozumieć, ich relacja się nakładała na siebie.
Najbardziej wymownym śladem sowieckiego panowania, stała się katedra, podpalona dwa dni po zajęciu Gniezna, kiedy nie było już tu żadnych uzbrojonych Niemców. To jednak nie przeszkodziło propagandzie przez lata PRL-u powtarzać różne kłamliwe i niekiedy sprzeczne w swojej formie wersje wydarzeń: – Wiadomo w tej chwili, co nie budzi chyba żadnych kontrowersji, kto i kiedy dokonał tego czynu, natomiast sam modus operandi wszczęcia tego pożaru, to są do dziś różne rozbieżności – przyznał regionalista.
To, czego nie ma w gazetach i relacjach, to stosunek do polskiej ludności. Zdaniem autora, był on zróżnicowany, ale bardziej w tę gorszą stronę: – Byli tacy i tacy. Ogółem trudno powiedzieć, że byli wrodzy, choć na pewno też tacy byli, ale jakbyśmy mieli uogólniać, to „wrodzy” jest zbyt ostro powiedziane. Byli nieprzyjaźni, niechętni – przyznał.
Najistotniejsza jest jednak trzecia część książki, zawierająca zasadniczą tematykę o zachowaniu żołnierzy Armii Czerwonej w powiecie gnieźnieńskim: – Cała ta część jest podzielona na dwie podczęści – popełniane przez nich przestępstwa przeciwko życiu, zdrowiu i mieniu, a druga to przestępstwa o charakterze gospodarczym, czyli głównie rabunek mienia. Ponieważ powiat gnieźnieński był powiatem wybitnie rolniczym, to przede wszystkim jest to rabunek na wsi żywca i ziemiopłodów. Jest to rabunek sprowadzający się do tego, że żołnierze Armii czerwonej pobierali znacznie więcej niż było to przewidziane w tzw. kontyngentach. Ludność miała obowiązek, na podstawie umów zawartych pomiędzy Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a rządem sowieckim, utrzymywania Armii Czerwonej w momencie prowadzenia przez nią walk z okupantem hitlerowskim – dostarczając żywność i inne potrzebne materiały, co było wyszczególnione co, jak i na jakiej zasadzie, a żołnierze Armii Czerwonej mieli wystawiać pokwitowanie – mówił Marek Szczepaniak i dodał, że niejednokrotnie zdarzały się przypadki naruszenia tych regulacji: – Żołnierze Armii Czerwonej unikali podpisywania tych dokumentów, a z kolei niepodpisany dokument był nieważny i nie był honorowany przez Armię Czerwoną – wskazywał na to, jak funkcjonowało: – Czasami ta różnica, co faktycznie oni pobrali, to była kilkunasto, a czasami nawet kilkudziesięciokrotnie przekraczała wielkość tego, co mogli pobrać – po prostu zrabowali. To nawet przedstawiciele tych polskich komunistycznych władz piszą, że jest to zwykły rabunek, że to bezprawnie pobrany towar, że próbują interweniować, nawet u dowódcy frontu i to praktycznie nic nie daje, nie ma żadnych efektów. Podobnie sytuacja wyglądała w przypadku niektórych zakładów produkcyjnych – jednymi z pierwszych, jakie padały celem czerwonoarmistów, były gorzelnie: – W czerwcu 1945 roku doszło do tego, że polscy rolnicy przestali odwozić ziemniaki do gorzelni, bo Rosjanie za te dostawy nie płacili. Działająca na pół gwizdka wytwórnia Kasprowicza w całości pracowała na potrzeby Armii Czerwonej.
A czym charakteryzowała się przestępczość z tej drugiej kategorii? – Zarówno Milicja Obywatelska i UB, na potrzeby statystyki, sporządziła rodzaje przestępstw popełnianych nie tylko przez żołnierzy rosyjskich, ale też polskich przestępców, bo ona również była bardzo wysoka. Wymieniano przede wszystkim takie, jak morderstwa i napady z bronią w ręku, uszkodzenia ciała z podziałem na lekkie i ciężkie, kradzieże, których było najwięcej, to była plaga, opór władzy, zgwałcenia, podpalenia i wypadki drogowe. To jest statystyka, więc nie można jednoznacznie stwierdzić, co było napadem z bronią w ręku, a co złodziejstwem. Najczęściej popełnianym przez Rosjan czyny to było sterroryzowanie mieszkańców za pomocą broni. Rzadko, ale zdarzało się, że za pomocą noży. Często przy tej okazji pobicie, a jeśli w domu była kobieta albo córka, to zgwałcenie, a całe to wejście do domu miało na celu rabunek. Były to więc cztery przestępstwa w jednym – przyznał autor wskazując, jakie były niekiedy trudności w całkowitej interpretacji liczby konkretnych zdarzeń: – Do przestępstw dokonanych przez żołnierzy Armii Czerwonej zaliczyłem tylko te, gdzie albo Milicja, albo UB pisze, że sprawcami byli żołnierze w mundurach sowieckich, albo że rozmawiali ze sobą po rosyjsku, ponieważ wykrywalność tych przestępstw była bardzo niewielka.
Dokumenty nie mówią wprost w każdym przypadku, co padło łupem sprawcy lub sprawców. – Kradziono wszystko. Nie da się na podstawie tych akt ustalić jakichś prawidłowości. Może do pewnego stopnia w początkowym okresie, jak wkroczyli. Ten pierwszy jest mniej widoczny, jak Armia Czerwona wkracza, z tego względu, że Milicja i UB jest w stanie organizacji i meldunki są bardzo pobieżne i nie do końca wiarygodne i nie wszystkie te przestępstwa są wykazane – przyznał wskazując, że łupem padało to, co wpadło im po prostu w oko. Często były to konie wraz z uprzężami, ale nie tylko: – Kradli wszystko, co można było ukraść. Na co żołnierzowi bielizna damska? A też to kradli.
Co jest znane w historiografii, to tragiczny los kobiet, padających ofiarą sowieckich zapędów. Nie tylko wszak Niemek, ale także Polek – również w Gnieźnie. – Gwałtów była cała masa. Ponad 80% wtedy popełnionych gwałtów, to są one popełnione przez żołnierzy Armii Czerwonej, co nie znaczy, że te 20% byli Polacy, bo czasem sprawców nie wykryto. Pewnie wśród nich też byli Rosjanie. Zastanawiano się kiedyś, dlaczego takim znakiem rozpoznawczym Armii Czerwonej były te gwałty. Bo w każdej armii zdarzają się żołnierze, którzy gwałcą kobiety, zwłaszcza w czasie wojny, takie zjawisko po prostu występuje. W żadnej armii nie przybrało to takich rozmiarów, jak w Armii Czerwonej i nad tym się zastanawiano i nie ma jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego. Prawdopodobnie jest to splot kilku, lub nawet kilkunastu przypadków – mówił wymieniając tu m.in. braki urlopu w służbie, ciche, odgórne przyzwolenie, próba rekompensaty za krzywdy czy po prostu wrogie nastawienie wobec Polaków i chęć upokorzenia: – Oni wiedzieli, że byli bezkarni i że mogą sobie na to pozwolić – stwierdził. Niektórzy czerwonoarmiści musieli jednak liczyć się z konsekwencjami i o tym też opowiada ta publikacja.
Po rozmowie przyszedł czas na pytania, ale nie tylko odpowiedzi można było usłyszeć, ale także i swoje historie i wspomnienia zasłyszane od rodziców czy innych krewnych o tym, jak wyglądały te dni po 21 stycznia 1945 roku.
#Tagi
W związku z dbałością o poziom komentarzy prowadzona jest ich moderacja. Wpisy mogące naruszać czyjeś dobra osobiste lub podstawowe zasady netykiety (np. pisanie WIELKIMI LITERAMI), nie będą publikowane. Wszelkie uwagi do redakcji należy kierować w formie mailowej. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.





















Dodam jeszcze,że powinno się cały cmentarz przy Witkowskiej opróżnić z tych leżących tam bandytów razem z tym pomnikiem z czerwoną gwiazdą i oddać im ich rodzinom w Rosji,albo zrobić jedno miejsce w Polsce,najlepiej gdzieś przy granicy z Królewcem,tak jak to mają teraz Niemcy!!Bo to nie byli wyzwoliciele,a kolejni najeźdźcy tak samo jak Niemcy!!
A potomkowie czerwonych bandytów tzw. wyzwolicieli dziś głosują dalej za czerwoną komuną,która z tymi bandytami współpracowała dla władzy ,a dziś uważają się za tzw, demokratów i wolnościowców !!! PRECZ z komuną!!