Przejdź do treści głównej



Uliczna burda wywołana przez prowokatorów. Gniezno w czasie zamachu majowego

Józef Piłsudski na moście w Warszawie 21 maja 1926 r., obok: wizyta wojskowych w Gnieźnie w 1927 r. Źródła zdjęć: NAC

Mija sto lat od wydarzenia, które wstrząsnęło strukturami odrodzonego polskiego państwa. Kraju dopiero co budowanego na zasadach demokratycznych, którego jednym z największych egzaminów było to, co stało się w maju 1926 roku. Przewrót, zamach, rokosz – to określenia, które stosowane są naprzemiennie na to, co wydarzyło się w Warszawie, a gdzie niektórzy mieszkańcy powiatu gnieźnieńskiego przelali swoją krew. Wydarzenia w stolicy były także udziałem mieszkańców Gniezna, gdzie doszło do manifestacji, a co długofalowo spowodowało zradykalizowanie niektórych działań, mających swój skutek także w kolejnych latach. 

Przewrót majowy z 1926 roku był jednym z najważniejszych i najbardziej dramatycznych wydarzeń w historii II Rzeczypospolitej. W dniach 12 – 15 maja marszałek Józef Piłsudski, wspierany przez część wojska, wystąpił przeciwko legalnie wybranemu rządowi Wincentego Witosa i prezydentowi Stanisławowi Wojciechowskiemu. Walki uliczne, które rozegrały się głównie w Warszawie, pochłonęły setki ofiar – zarówno żołnierzy, jak i cywilów. Zamach zakończył się zwycięstwem Piłsudskiego oraz początkiem rządów sanacji, które na wiele lat zmieniły życie polityczne Polski. Do dziś przewrót majowy pozostaje przedmiotem sporów historyków: jedni widzą w nim próbę ratowania państwa pogrążonego w głębokim kryzysie politycznym, a inni – niebezpieczne złamanie zasad demokracji i legalnej władzy. Jak to jednak wyglądało w Gnieźnie, mieście wszak odległym od stolicy i całej krajowej, politycznej sceny?

Najpewniej pierwsze informacje o sytuacji w Warszawie zaczynały docierać do Gniezna w środowych godzinach wieczornych 12 maja 1926 roku lub już w nocy. Wieści trafiały początkowo tylko do przedstawicieli władz państwowych, w tym starosty, ale także wojskowych czy policji – głównie były to najpewniej zalecenia o postawieniu służby w stan pogotowia i wzmożeniu bezpieczeństwa. Doniesienia o zajściach zapewne były chaotyczne i nie wyjaśniały obrazu sytuacji.

W owym czasie wychodziły tylko gazety, a miejscowy dziennik „Lech” z 12 maja 1926 roku informował o powołaniu rządu z Wincentym Witosem, jako premierem. Gazeta ta, największa w tej części województwa poznańskiego, stała swoją linią redakcyjną po stronie endeckiej, a więc (upraszczając) była przeciwko Józefowi Piłsudskiemu. Najpewniej bez jakiejkolwiek informacji o zajściach w stolicy, redaktorzy „Lecha” pracujący w środowy wieczór nad kolejnym, czwartkowym numerem, zamknęli gazetę na 13 maja artykułami o zakusach „Sulejówka” względem władzy i porządku politycznego w państwie. Teksty te były jednak zwykłą polemiką.

Jak się okazało, „Lech” nie wyszedł w piątek 14 maja. Podobnie jak drugi miejscowy organ „Dziennik Gnieźnieński”, stojący po przeciwnej stronie sceny politycznej, wspierający PPS. Powodów braku wydawnictw nie znamy, więc mieszkańcy miasta o całych zajściach najpewniej dowiedzieli się z docierającej do Gniezna prasy poznańskiej. Dopiero w sobotę 15 maja, kolejny egzemplarz „Lecha” pisał wprost o „rokoszu Piłsudskiego”, bratobójczych walkach w Warszawie i zamęcie w całym kraju. Lokalnie podawano wieści o manifestacjach w Poznaniu „przeciwko rebelji Piłsudskiego”. Nic więcej ponad to.

Tymczasem „Dziennik Gnieźnieński”, znany z nieco rozdmuchanego sposobu podchodzenia do rzeczywistości opisywał, że informacje z Warszawy mieszkańcy Gniezna przyjęli z niedowierzaniem, a także „poddenerwowaniem” i „oburzeniem”. – Zainteresowanie się wzrastało z godziny na godzinę i stale do późnej nocy wyczekiwano telegramów oraz bliższych wiadomości z Warszawy. Przed Redakcją naszą (przy ul. Dąbrówki 13 – przyp. aut.) nagromadziły się tłumy publiczności i każdy podawany przez nas komunikat podawano sobie z ust do ust i żywo na ten temat komentowano – informował dziennik, wskazując dalej, że przez pierwsze dwa dni w Gnieźnie trwał spokój. Właśnie – do 14 maja.

Tego dnia, a był to już piątek, odbywały się w Gnieźnie dwa wydarzenia, w których brały udział większe grupy osób. Pierwszą było zebranie (wraz z ćwiczeniami) dla około 500 członków różnych organizacji Przysposobienia Wojskowego tj. Bractwa Strzeleckiego, Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, Związku Hallerczyków czy byłych powstańców, zorganizowane w Strzelnicy u zbiegu ul. Trzemeszeńskiej i Przy Rzeźni (dziś teren CK eSTeDe, u zbiegu ul. Roosevelta i Sobieskiego). Drugim było spotkanie propiłsudczykowskiego Związku Strzeleckiego „Strzelec” – to zaplanowano w restauracji Stanisława Grzybowskiego przy ul. Moniuszki 3. Co dalej się działo? Tu zdania obu gazet są podzielone. Pewna jest tylko godzina – był 14 maja około godziny 20, a więc panował majowy wieczór.

– Zebranie Zw. Strzeleckiego, którego przynależność do obozu Piłsudskiego jest wszystkim znana, odbyło się w tempie przyśpieszonym, tak że związkowcy zdążyli jeszcze częściowo stanąć koło Strzelnicy, właśnie w chwili, gdy zakończono tam zebranie Przysposobienia Wojskowego, częściowo zaś wyledz na ulice miasta i utworzyć coś w rodzaju demonstracyjnego pochodu. Do demonstrujących dołączyły się różne męty społeczne tworząc zbitą masą w ilości mniejwięcej 1000 ludzi. Demonstrujący na rzecz Piłsudskiego wciskali się również pomiędzy wracające ze zbiórki grupy członków PW i, usiłując wykorzystać zamęt wznosili okrzyki na cześć Piłsudskiego. Przy tej okazji nie jeden ze sympatyków Piłsudskiego dostał należącą mu cielesną nauczkę. Kiedy demonstranci znaleźli się na ul. Chrobrego, a okrzyki ich i zachowanie się stało się zbyt zuchwałe, wkroczyła policja i z godną najwyższego uznania energją w mig rozpędziła tłum, biorąc 14 najzajadliwszych na Komendę – informował „Lech”. Dalej dziennik dodawał, że policjanci, którymi kierował st. przod. Walenty Kawała, bardzo sprawnie zajęli się prowodyrami, a pomagali im w tym sami mieszkańcy, zatrzymując sprawców burd (tak to wprost opisano, choć nie dochodziło najpewniej do niszczenia mienia). Apelowano też do rodziców, aby nie wypuszczano dzieci na ulice, gdyż w trakcie pochodu i zamieszania kilkoro z nich nieomal stratowano.

Awantury uliczne, wywołane przez zwolenników Piłsudskiego, musiały wprawić w zakłopotanie nie tylko jego lokalnych, politycznych zwolenników ze „Strzelca”, ale też sam „Dziennik Gnieźnieński”, który usiłował ratować sytuację, zaczynając swoją relację od spotkania z ul. Moniuszki: – Cały przebieg zebrania przedstawia się nie bardzo jasno. Wznoszono okrzyki na cześć Piłsudskiego oraz Prezydenta Wojciechowskiego. Wypowiadano się za i przeciw jednej i drugiej stronie. Zdaniem prezesa należy zachować bratobójczej walki i uznać rząd z Prezydentem i Witosem na czele jako najwyższą władzę państwową. Przed samym końcem zebrania zjawił się w sali pewien osobnik, który namawiał zebranych do rozbicia pochodu Stowarzyszeń PW rzekomo zdążającego ulicą Chrobrego, którego jednakże w gruncie rzeczy wcale nie było. Pochód ten bowiem urządziła sobie garstka warchołów i szumowin, która z okrzykami na cześć Piłsudskiego posuwała się ulicą Chrobrego ku Rynkowi, jednakże na widok policji pierzchnęła. Z hałasem opuszczono zebranie zdążając ulicą Rzeźnicką ku Magistratowi. Jednakże w chwili kiedy „bohaterowie” przybyli przed Komendę Policji Państwowej powstał niemożliwy chaos i zamieszanie, w czasie którego policja zmuszona była interwenjować, nawołując zebrane tłumy do rozejścia się, a gdy to nie pomogło prowodyrów aresztowano i spisano protokóły. „Dziennik Gnieźnieński” tłumaczył więc, że to nie „Strzelcy” byli autorami zamieszania, ale bliżej nieznane osoby, które wszczynały awanturę.

To, co się stało na terenie Gniezna, najpewniej wystraszyło samego prezydenta Leona Barciszewskiego. Zdecydował się na daleko idące radykalne środki, aby zaprowadzić spokój w mieście. Wprowadził zarządzenie, na mocy którego od godziny 9 zamykane miały być wszystkie bramy domów, kawiarnie, restauracje itp., a także obowiązywał zakaz przemieszczania się pomiędzy godziną 21 a 5 rano. Zakazał także wszelkich wieców i posiedzeń, zwłaszcza politycznych oraz… zabroniono wyrabiać i sprzedać alkohol na terenie miasta.

Zaledwie dzień po tym we Wrześni również doszło do manifestacji z udziałem około 600 osób, które popierały Piłsudskiego i skandowały przed ratuszem – aż w końcu i tu musiała interweniować policja, wsparta siłami z innych posterunków.

Czy zarządzenie prezydenta Barciszewskiego odniosło skutek? 20 maja 1926 r. „Lech” informował, że dzień wcześniej na terenie Gniezna policja: – (…) sporządziła 50 doniesień karnych za różne przekroczenia administracyjno-policyjne oraz przestępstwa połączone z zarządzeniami stanu wyjątkowego.

Co jednak istotne – do działań w rejonie Warszawy zaangażowano wojska z Wielkopolski. W stronę stolicy skierowano 68. Pułk Piechoty z Wrześni, a z ćwiczeń na poligonie w Biedrusku relokowano obecne tam gnieźnieńskie jednostki – 17. Pułk Artylerii Lekkiej oraz 69. Pułk Piechoty. O ile te dwa ostatnie nie dotarły na miejsce na skutek sabotażowych działań kolejarzy, o tyle na przedpolach Warszawy pojawiła się wrzesińska jednostka. Doszło do walk na terenie Mokotowa, gdzie polegli i byli ranni żołnierze – w tym także ci pochodzący z powiatu gnieźnieńskiego.

W działaniach zginął szereg. Stefan Trzaskawka z Róży koło Gniezna, który poległ na polu pod Mokotowem i pochowany został na cmentarzu wojskowym na Powązkach. Ranni zostali:

  • szereg. Władysław Drela z Czechowa – lekko ranny, trafił do szpitala w Poznaniu
  • szereg. Nebe Hans z Pyszczynka – lekko ranny, zaginął, odnaleziony został po czasie

Nie wiadomo jednak, czy w działaniach nie brało udziału więcej mieszkańców powiatu gnieźnieńskiego, służących w różnych innych jednostkach wojskowych na terenie kraju.

Gnieźnieńskie oddziały powróciły z nieudanej wyprawy do stolicy 20 maja 1926 r. „Dziennik Gnieźnieński” notował: – Stwierdzić możemy z dumą, że wojska nasze spełniły swój obowiązek wzorowo, wziąwszy np. tylko pod uwagę odważną i brawurową postawę p. por. Kędzierskiego (69 p.p.) w czasie niewoli w obozie piłsudczyków. Nie ich i nie naszą jest winą, że nie danem im było rozwinąć całą swą siłę i walecznością swą pokonać rebeljantów. Powracające pułki, kroczące w dziarskich postawach, witała publiczność z entuzjazmem. „Dziennik Gnieźnieński” wyraźnie studził swoje emocje po całych wydarzeniach. 

Tymczasem 22 maja w kościele pw. Świętej Trójcy ks. dziekan Mateusz Zabłocki odprawił Mszę świętą w intencji poległych w bratobójczych walkach: – Nastrój wśród modlących się był smutny i przygnębiony: na sercach ludzi ciążyła świadomość ciężkiej krzywdy, jaka stała się Ojczyźnie, krzywdy, którą nawet długie lata nie zdołają zatrzeć w naszej pamięci – pisał „Lech”.

Ostatnim lokalnym akcentem warszawskich zajść był komunikat prezydenta Leona Barciszewskiego, sprowokowanego wydaniem stołecznej gazety „Robotnik”. Jak sama nazwa wskazuje – był to organ PPS, który wydaniu z 21 maja 1926 roku zarzucał: – Dn. 14 maja zostały zwołane wszystkie organizacje faszystowskie w Gnieźnie (! – aut.) na plac Strzelnicy. Wzywano do „obrony praworządności” i walki z Piłsudskim. Na plac przybyła również ludność robotnicza, która wśród okrzyków na cześć Piłsudskiego i ze śpiewem „Czerwonego Sztandaru” uformowała pochód i ruszyła ulicami miasta Gniezna. Lecz gdy pochód zbliżył się do ratusza, wypadł oddział zbrojnych policjantów, którzy w barbarzyński sposób rozpędzili manifestantów, tłukąc ich kolbami, nastąpiły liczne aresztowania, w czem byli policji pomocni faszyści wskazując poszczególnych obywateli, którzy brali udział w manifestacji (…). Dalej opisywano różne inne rzekome ekscesy, które towarzyszyły zajściom, zarzucając jeszcze: – Na terenie naszego miasta faszyści, wspólnie z policją, pełnią służbę bezpieczeństwa.

Autor tej notatki nie podpisał się, a zatytułowana ona była jako „korespondencja własna”, a więc bez sprawdzenia faktów. Na te kalumnie i bezpodstawne zarzuty, prezydent Leon Barciszewski odpowiedział, że nie wpłynęły żadne skargi na rzekome znęcanie się nad manifestantami: – Ponieważ nie mogę ścierpieć, ażeby na policji państwowej w Gnieźnie, podlegającej moim zarządzeniom miał ciążyć tak ciężki zarzut przeto proszę uprzejmie na tej drodze wszystkich tych, którzy zostali „pobici”, względnie tych, którzy mogliby dostarczyć odnośnych dowodów, ażeby zechcieli zgłosić się niezwłocznie do protokółu w Miejskim Urzędzie Policyjnym względnie u mnie osobiście. Zapewniam Obywatelstwo miasta Gniezna, że z równą surowością zażądam ukarania tych urzędników, którzyby się odnośnych przewinień dopuścili, jako i tych osób, któreby wieści powyższe jako nieprawdziwe i bezprzedmiotowe w świat puszczały – pisał w „Lechu”. Finalnie najpewniej nikt się nie zgłosił, jak i autora owej „notatki” z „Robotnika” nie ustalono. 

Powyższe zajścia miały jednak pewien wpływ na radykalizację środowiska lewicowego, które podzielone potem na różne frakcje, w kolejnych latach organizowało różne wiece i manifestacje. Odbywały się one na Targowisku oraz innych miejscach Gniezna, co nierzadko kończyło się nie tylko interwencją policji, ale także burdami we własnym gronie, jako formami „rozliczeń” za różne zaszłości i inne spojrzenia na działalność polityczną. To jest jednak już osobny temat. 

#Tagi

W związku z dbałością o poziom komentarzy prowadzona jest ich moderacja. Wpisy mogące naruszać czyjeś dobra osobiste lub podstawowe zasady netykiety (np. pisanie WIELKIMI LITERAMI), nie będą publikowane. Wszelkie uwagi do redakcji należy kierować w formie mailowej. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

guest
0 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments