|  Rafał Wichniewicz  |  1 komentarz

„Niezdobyta twierdza”. Szpital przejęty po wyłamaniu zamku w drzwiach

Na przełomie 1918 i 1919 roku tylko jedna instytucja, która działała na terenie Gniezna, nie została przejęta przez powstańców – szpital przy ul. 3 Maja. Co więcej, Niemcy zarządzali nim przez kilka kolejnych lat. A w 2025 roku minęło 100 lat od dnia, kiedy zostali oni – dosłownie – eksmitowani, ponieważ stawiali czynny opór władzy. Ta historia może jest długa, ale na pewno dla wielu ciekawa – są to bowiem początki budynku, obecnie noszącego nazwę Szpitala Pomnik Chrztu Polski.

Pod koniec XIX wieku na terenie Gniezna istniały dwa miejsca, niosące pomoc chorym. Pierwszym był pobudowany w latach 30. XIX wieku przy obecnej ul. Jana Pawła II szpital (obecnie komenda Policji), a drugim wzniesiony w drugiej połowie tego stulecia lazaret wojskowy przy ul. św. Jana – dzisiaj nadal pełniący funkcję leczniczą. Dziekanka wówczas znajdowała się poza granicami Gniezna.

Instytucja przy ul. Jana Pawła II (wówczas noszącej imię Hospitalstrasse – ul. Szpitalnej), była prowadzona przez siostry zakonne i podlegała administracyjnie Magistratowi. Placówka ta łączyła w sobie zarówno elementy szpitala „tradycyjnego”, ale także i zakaźnego czy także przytułku.

W takich to okolicznościach, pod koniec XIX wieku do Gniezna dotarła organizacja Vaterländischer Frauenverein, czyli Ojczyźniane Stowarzyszenie Kobiet. Założone zostało jeszcze w 1866 roku, a jego głównym zadaniem była organizacja opieki nad rannymi żołnierzami. Z czasem jednak, wobec trwającego wieloletniego pokoju, uległo ono przekształceniu w działalność cywilną i rozwinięciu jej na cały kraj. Zaczęto także nieść pomoc medyczną tam, gdzie występowały w tym zakresie luki.

W 1895 roku gnieźnieński Magistrat otrzymał pierwsze pisma w sprawie możliwego ulokowania siedziby dla wspomnianego stowarzyszenia. Prawdopodobnie początkowo rozważano budowę u zbiegu dzisiejszej ul. Jana Pawła II i Sobieskiego, ale ostatecznie z tego zrezygnowano. Wówczas zdecydowano o innym położeniu nowej instytucji – na działce u zbiegu ówczesnej Nollaustrasse (dziś ul. 3 Maja) oraz Brombergerstrasse (dziś ul. Grzybowo). Działkę tę Magistrat krótko wcześniej wykupił i… podarował za darmo dla nowej, zasadniczo niemieckiej instytucji.

– (…) zaraz po nabyciu gruntu przez miasto, wystąpił jeden z żydów gnieźnieńskiej filii hakatystycznej, pan Rogowski, z wnioskiem, aby część gruntu świeżo zakupionego podarować paniom >des vaterländischer Frauenverein< na założenie szpitala protestanckiego. Radni polacy napróżno opierali się, twierdzą, że szpital katolicki św. Jana potrzebom zupełnie wystarcza i ma zawsze kilkanaście łóżek niezajętych, i że miasto, którego mieszkańcy do trzech narodowości i religii należą, nie ma prawa robić podarunków na korzyść zakładów, mających wybitnie protestancki charakter. Lecz wniosek Rogowskiego przeszedł znaczną większością głosów – pisał kilka lat później dziennik „Lech”.

O tym, jakie zagrożenie widziano w budowie lecznicy, niech świadczy informacja z „Dziennika Poznańskiego” z grudnia 1895 roku: – Niemiecko-protestancki dom dyakonisek ma się zapewne przyczynić, aby staropolskie Gniezno coraz więcej nabierało niemieckiego piętna. Bydgoska ulica jest częścią dawnego Grzybowa, gdzie mieszka najwięcej polskiej biedy. W domu diakonisek będzie lazaret a zapewne i ochronka. Reszty się można domyślić – pisano, wskazując tym samym, że nowa instytucja po prostu będzie służyć germanizacji.

Budowa nie ruszyła jednak od razu. Dwupiętrowy gmach z przyziemiem oraz użytkowym poddaszem, został postawiony dopiero w 1899 roku. Na szczycie budynku, nad wejściem od strony ulicy, znajdował się czerwony krzyż, a nad samymi drzwiami napis „Bethesda”. Ta nazwa, która na kilkadziesiąt lat przylgnęła do tej instytucji, miała nawiązywać do biblijnej sadzawki, znajdującej się w obecnej Jerozolimie, gdzie dochodziło do cudownych uzdrowień chorych. Tam też Chrystus miał uleczyć paralityka. Nazwa, nadana przez niemieckie stowarzyszenie, miała więc pokazywać szpital jako miejsce, gdzie pacjenci mogą liczyć na wszelką pomoc. Skądinąd, gnieźnieńska „Bethesda” nie była jedyną – taką nazwę otrzymało wiele instytucję prowadzonych przez ww. organizację na terenie Niemiec.

Oficjalne otwarcie „Bethesdy” miało miejsce 10 kwietnia 1899 roku, a wziął w nim udział także sam naczelnik prezydium prowincji poznańskiej. To był jednak dopiero początek. W planie była bowiem rozbudowa instytucji, a już we wrześniu 1899 roku Rada Miasta podjęła uchwałę o przekazaniu za darmo kolejnej działki, położonej obok. Jednocześnie Vaterländischer Frauenverein zaczęło czynić starania o pożyczkę na nowe skrzydło gmachu. W efekcie wkrótce ruszyła budowa obiektu większego od pierwszego, ale stykającego się z nim ścianą. Inwestycję najprawdopodobniej zrealizowano do 1903 roku. Tym samym stał się jednym z największych budynków użyteczności publicznej na terenie Gniezna.

– Zakład ten, zbudowany przez Vaterländischer Frauenverein, miał mieć charakter bezwyznaniowy, tymczasem kierunek zakładu powierzono samym tylko dyakoniskom – informował „Dziennik Kujawski” w październiku 1899 roku.

Kim były owe diakoniski? Przede wszystkim Niemkami i w przeważającej większości protestantkami. Były to kobiety (czasem panny, a niekiedy wdowy), zgłaszające się ochotniczo do tej służby w ramach wspomnianej organizacji. Miały zapewniony wyżywienie, nocleg, a także szkolenie, z którym potem mogły powracać do swoich rodzinnych stron i pracować w innych placówkach. W Gnieźnie założono, że powstanie szkoła dla sióstr Niemieckiego Czerwonego Krzyża, pod którego znakiem miały także służyć.

W dobudowanym większym skrzydle powstały nowe izby dla pacjentów, ówczesny „blok operacyjny”, ale także sale diagnostyczne. Nie szczędzono pieniędzy nie tylko na inwestycję, ale także na wyposażenie. Już w marcu 1902 roku w Gnieźnie wykorzystywany był aparat Roentgena. Odkrycie promieni przez niemieckiego naukowca miało miejsce zaledwie w 1895 roku, a już 7 lat później jego wynalazek był tu w użyciu.

W pierwszym okresie funkcjonowania szpitala służyło w nim kilka diakonisek, zwanych także siostrami. Kierownikiem placówki został dr Johann Anders. Z czasem personel się rozrastał, a w jednostce prowadzono także szkolenie dla nowych kadr. W najstarszej części budynku funkcjonował także swojego rodzaju internat, gdzie pracownicy mieszkali, spożywali posiłki i dokształcali się. Resztę terenu za szpitalem stanowił ogród służący do wypoczynku dla personelu oraz pacjentów.

O tym, jak istotną rolę dla Niemców odgrywał szpital, niech świadczy fakt, że 22 sierpnia 1910 roku „Bethesdę” odwiedziła księżna pruska Cecylia, żona księcia Wilhelma (następcy tronu i syna cesarza Wilhelma II). Stało się to dzień po otwarciu Zamku Cesarskiego w Poznaniu, gdzie gościł władca Niemiec. Na cześć księżnej utworzono szpaler uczniów i stowarzyszeń niemieckich, a ku pamięci tego wydarzenia utworzono Fundację Następczyni Tronu Cecylii, która miała zbierać datki na rzecz gnieźnieńskiej lecznicy. Skądinąd, Cecylia nigdy ostatecznie nie została żoną cesarza, bowiem jej teść abdykował kilka lat później.

W działalności szpitala namieszała sporo I wojna światowa. O ile wszelkie cywilne lecznice bardzo szybko zamieniły się w lazarety dla rannych żołnierzy, tak na te potrzeby z czasem adaptowano także niektóre budynki szkolne. Również personel uległ częściowemu rozproszeniu, kierowany na linię frontu, gdzie wspierał swoim doświadczeniem szpitale polowe. Na terenie ogrodu szpitalnego wzniesiono także pięć baraków dla pacjentów, aby pomieścić przybywających chorych. Co jednak trzeba znaczyć, w „Bethesdzie” leczono nie tylko Niemców, ale także Polaków. Niemniej, ci ostatni zawsze jednak wybierali raczej placówkę przy ul. Szpitalnej, która miała katolicki charakter.

Sytuacja zasadniczo nie zmieniła się pod koniec światowego konfliktu. O ile rannych i chorych na terenie miasta tylko przybywało, o tyle, podobnie jak w armii niemieckiej, dawało się już odczuć zmęczenie, a dodatkowo – podobnie jak w społeczeństwie – braki w zaopatrzeniu. Trudno też powiedzieć, co się działo w ostatnich tygodniach 1918 roku, kiedy wojna się zakończyła, a jednocześnie trwała rewolucja tocząca się w Niemczech.

Kiedy 28 grudnia 1918 roku polscy mieszkańcy Gniezna i okolic chwycili za broń, wyzwalając w kilka dni cały region, za główny cel działania uchodziły punkty łączności – poczta wraz z centralami telefonicznymi czy dworce kolejowe. Zajmowano urzędy, starostwa, koszary, posterunki policyjne. Nie trzeba było zdobywać jednostki przy ul. Szpitalnej (obecnie ul. Jana Pawła II), gdyż był to w zasadzie szpital katolicki. W ręce powstańców przeszedł jednak lazaret przy ul. św. Jana, gdzie nowym naczelnym lekarzem został mianowany płk dr Józef Musieł. Odprawił on większość niemieckiego personelu lekarskiego, sprowadzając w to miejsce Polaków.

Tak się nie stało jednak ze szpitalem przy Brombergerstrasse i Nollaustrasse (obie ulice dopiero w maju 1919 roku otrzymały nowe nazwy – Grzybowo oraz 3 Maja). „Bethesda” była bowiem instytucją prywatną, należącą do niemieckiego stowarzyszenia. Fakt taki, że gmach powstał na podarowanym przez Miasto gruncie oraz obowiązywała określona w związku z tym umowa powodował, że zdecydowano się póki co temat ten pozostawić do rozwiązania w innym terminie.

Kiedy opadł kurz powstania, wygrano wojnę polsko-bolszewicką oraz ustalono porządek w administracji lokalnej, przyszedł czas na decyzje w sprawie uregulowania losów ostatnich instytucji, pozostających w rękach niemieckich. Tematem tym zajmował się specjalnie powołany do tego jeszcze w styczniu 1919 roku Główny Urząd Likwidacyjny. Początkowo zajmował się szacowaniem strat wojennych i należnych z tego tytułu odszkodowań, a czasem także rozwiązywaniem sporów prawnych i majątkowych. A takim był właśnie szpital „Bethesda”.

Już w lutym 1922 roku gnieźnieński Magistrat kierował zapytanie w tej sprawie do GUL, jednak odpowiedź była lakoniczna – najpierw „inne kategorie obiektów”, a potem dopiero lazarety, szkoły itp. Zarząd miejski zawnioskował o powołanie kontrolera „Bethesdy”, wskazując na ww. dra Józefa Musieła. Sprawa jednak utknęła na przeszło dwa lata.

Pod koniec sierpnia 1924 roku GUL poinformował, że na wniosek Magistratu postanowiono „zastosować likwidację przez zatrzymanie na rzecz Państwa do wymienionego szpitala”. Urząd Miejski skierował pismo do „Bethesdy” o spis wszelkich ruchomości w budynku, informując o tej decyzji. Wówczas odpowiedziała im przewodnicząca Deutscher Frauenverein (następcy poprzedniego stowarzyszenia), Paula Wendorff z Mielna:– Zresztą jesteśmy pewni, że Urząd Likwidacyjny nie ma żadnych praw do naszej własności, dlatego że jesteśmy towarzystwem obywateli polskich, którym myśmy już 1 X 1920 byli, o czem świadczy pismo nasze z dnia 15 X 1924 do Urzędu Likwidacyjnego (…) – pisała.

Treść powyższego pisma wskazywała, że Niemcy nie odstąpią tak łatwo szpitala, ale GUL, jak również Magistrat, przeszli nad tym do porządku dziennego – do Gniezna skierowano przedstawiciela GUL, który miał dokonać szacowania majątku. Do pomocy skierowano mu osoby zaufane z miasta – dra Ignacego Trepińskiego, Wengierka, Józefa Zakrzewskiego oraz Edmunda Holkę. Za sporządzoną wycenę, GUL wystawiał jednostkę na sprzedaż, a Magistrat miał prawo pierwokupu. W zamian za to Miasto miało przekazać szpital Polskiemu Czerwonemu Krzyżowi na szkołę pielęgniarek i lecznicę.

Sporządzony w listopadzie 1924 roku protokół wskazywał, że gmach wymaga kapitalnego remontu: – Biorąc pod uwagę zużycie i zniszczenie wewnętrznego urządzenia wskutek zaniedbania remontu podczas wojny i po wojnie, jako też nadmierne zużytkowanie bielizny wskutek braku kompletu odpowiadającego liczbie chorych, tak iż obecny stan zakładu nie odpowiada całkowicie wymaganiom hygjeny i wymaga wskutek tego gruntownego remontu (…). Realizacja decyzji w sprawie zajęcia szpitala przez GUL na rzecz Skarbu Państwa, nastąpiła w marcu 1925 roku. Później pozostało jedynie przekazanie jednostki nowemu właścicielowi.

Los „Bethesdy” rozstrzygnął się 9 kwietnia 1925 roku. O godzinie 10 przed wejściem do szpitala pojawił się zastępca burmistrza Maksymilian Hensel, radca prawny Ignacy Trepiński oraz jeszcze jeden urzędnik Magistratu. Siostra przełożona Ida Rehbein poinformowała mężczyzn, że nie jest upoważniona do rozmawiania z nimi i kazała im odczekać godzinę – w tym czasie zatelefonowała do Mielna do pałacowej rezydencji Pauli Wendorff, która natychmiast przyjechała do Gniezna.

– Punktualnie o godzinie 11 przybyli wyżej wymienieni panowie powtórnie do szpitala „Bethesdy”. Pan II Burmistrz Hensel świadczył przy okienku, że przychodzi z polecenia rządu jako przedstawiciel Magistratu miasta Gniezna, celem dokonania przejęcia szpitala (…) – zapisano później w protokole. Co dalej się działo? Drzwi pozostały zamknięte, zamiast tego z okna wyjrzała kierowniczka: – Pani Wendorffowa oświadczyła, że dobrowolnie drzwi od szpitala „Bethesdy” nie otworzy, na co jej p. II Burmistrz świadczył, że o ile nie otworzy drzwi dobrowolnie czyni się karygodną stawiania oporu władzy a zresztą ile nie pozwoli drzwi dobrowolnie otworzyć będzie p. II Burmistrz zmuszony kazać drzwi przez policję i ślusarza otworzyć. Pani Wendorffowa i na to nie zareagowała, wobec czego posłano po policję i ślusarza i o godzinie 11.40 przed południem dokonano otwarcia głównych drzwi szpitala (…) – zanotowano w raporcie z całej sytuacji. Co więcej, w czasie próby otwarcia drzwi, osoby ze środka usiłowały jeszcze zamykać ponownie zamki tak, by utrudnić całe postępowanie. Wszystkiemu przyglądał się podkom. Wincenty Relewicz, komendant komisariatu miejskiego Policji.

Co zastano w szpitalu? – Na korytarzach i w pokojach dla chorych stały naczynia z zastygłą żywnością a obok nich stosy talerzy i innych przyborów. Chorzy zaś na próżno dopraszali się o podanie im obiadu. Na niektórych talerzach była już jedna strawa nałożona, drugiej jednak już nie nałożono i chorym nie podano. Obok łóżek stały na stolikach przygotowane na wpół lekarstwa których chorym już nie podano. Z kuchni szpitalnej pomieszczonej w suterenach dolatywał dziwny zapach spalenizny, co zwróciło uwagę delegacji. Udano się tam natychmiast i zastano cały personel kuchenny stojący z założonemi rękami nie mieszając palących się na ogniu potraw i nie wygaszając nawet gazowych palenisk – notowano w szerszym sprawozdaniu z interwencji. Pytana o stan chorych oraz placówki Paula Wendorff odmówiła jakiejkolwiek współpracy – tej miał nie okazywać także personel pomocniczy.

To nie był koniec utrudnień. Po przeprowadzeniu kontroli sprzętów, przystąpiono do sprawdzenia stanu pacjentów – miała ich przyjąć nowa, polska załoga PCK, oczekująca na dworcu kolejowym na rozwój sytuacji. Naczelny lekarz dr Johann Anders, ku zdziwieniu urzędników, którzy dobrze go znali, stawił opór: (…) oświadczył kategorycznie że w żadnym kierunku pomocnym nie będzie i informacji o stanie chorych nie udzieli poczem szpital opuścił. Przedstawiciel Magistratu nie dawał jednak za wygraną i prosił kolejno każdą siostrę z osobna o pomoc i współpracę ale na próżno. Jedynym Polakiem, który pracował w „Bethesdzie”, był dr Eugeniusz Schittek, który po przybyciu do szpitala udzielił wszelkiej informacji i pomocy przedstawicielom Magistratu.

Po zapoznaniu się z sytuacją, na miejsce ściągnięto personel PCK, który oczekiwał na dworcu w Gnieźnie. Przywiezieni powózkami, w ciągu godziny obsadzili wszystkie stanowiska i zajęli się chorymi, podając posiłek oraz lekarstwa. Widząc to wszystko Paula Wendorff opuściła szpital. Wraz z nią wyszła także część pielęgniarek – wypłacono im odprawę mimo, że uznano ich zachowanie za złamanie umowy i narażanie pacjentów na niebezpieczeństwo.

To nie koniec. Pomieszczeń mieszkalnych „Bethesdy” nie opuściło jeszcze 9 niemieckich pielęgniarek, które prowadziły swojego rodzaju „protest okupacyjny”. Jak notowano, nie tylko zajmowały pomieszczenia, ale także utrudniały prace polskiego personelu. – Skutek był ten, że po dziesięciu dniach oporu komornik sądowy dokonał eksmisji resztek zabytków niemczyzny ze szpitala – zanotowano w raporcie, sporządzonym jakiś czas później.

Cała sytuacja wywołała oburzenie w niemieckiej prasie, która krzyczała nagłówkami o polskiej bezczelności, pogwałceniu prawa, niszczeniu dobrze funkcjonującego szpitala oraz wypędzeniu personelu, przez co lecznica opustoszała. Atakował szczególnie „Posener Tageblatt”, wydawany w Poznaniu. Magistrat wysyłał sprostowania, podając także fakty i liczby – że po przejęciu lecznicy liczba chorych nie spadła, a wręcz zwiększyła się.

Jak zanotowano we wspomnianym piśmie, podsumowującym przejęcie szpitala: – Dla znających stosunki lokalne gniew niemiecki jest aż nadto zrozumiałym. Przecież szpital był mniej zakładem dla chorych a w pierwszej linji był on niezdobytą twierdzą niemieckości okolic Gniezna. Przecież w nad wyraz licznym personelu był jeden jedyny Polak wyż. wspominany Dr Szytek. Reszta to niemcy którzy słowa po polsku wymówić nie chcieli. W tym budynku noszącym na sobie płaszczyk humanitarności mieściła się siedziba poczynań i działań politycznych okolicznej niemczyzny traktującej z pogardą i ohydą wszystko co polskie co państwowe. Zdrowa opinia publiczna wyrobiła już sobie sąd o postępowaniu niemców w swej dawnej twierdzy zwanej „Bethesda” (…).

Po przejęciu szpitala przez PCK, mieszkańcy przez długie jeszcze lata z przyzwyczajenia o szpitalu mówili, jako o „Bethesdzie”. W dokumentacji i prasie starano się jednak odchodzić od tego określenia, gdyż było ono swojego rodzaju niechcianą pamiątką, związaną z dawną niemiecką polityką, stosowaną wobec Gniezna.

Pierwszym polskim naczelnym lekarzem szpitala został dr Zygmunt Górka. W krótkim czasie w gmachu wrócił porządek, a nadzór nad nim objął Polski Czerwony Krzyż na podstawie umowy dzierżawy. Poza klasyczną funkcją, powstała tu też szkoła pielęgniarek. Nie brakowało jednak tarć personalnych pomiędzy kierownictwem, a i umowa pomiędzy Miastem a PCK po czasie jednak została rozwiązana i od 1930 roku szpital przeszedł całkowicie pod nadzór miejski, ale… to już jest inna historia.


Osoby posiadające ciekawe informacje, zdjęcia, materiały historyczne, nie tylko dotyczące powyższego tematu, ale ogólnie Gniezna i okolic, mogą się kontaktować: historia@gniezno24.com

Źródła: Archiwum Państwowe w Poznaniu Oddział w Gnieźnie, Akta Miasta Gniezna, sygn. 359, 360, 895, „Lech”, „Dziennik Poznański”, „Dziennik Kujawski”, „Posener Tageblatt”, „Osttdeutsche Presse”, „1919-2004 Polski Czerwony Krzyż w dziejach Gniezna” H. Sajewska, materiały własne. 

 

 

#Tagi

W związku z dbałością o poziom komentarzy prowadzona jest ich moderacja. Wpisy mogące naruszać czyjeś dobra osobiste lub podstawowe zasady netykiety (np. pisanie WIELKIMI LITERAMI), nie będą publikowane. Wszelkie uwagi do redakcji należy kierować w formie mailowej. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

guest
1 Komentarz
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
senior
senior
05/01/2026 14:01

Bardzo ciekawy artykuł. Dobrze, ze sa w Gnieźnie tacy ludzie, którzy potrafią przywołać z historii takie nieznane wątki.



© Gniezno24. All rights reserved. Powered by Libermedia.