Przejdź do treści głównej



Tragiczne zdarzenie o zachodzie słońca. Ruszył proces w sprawie śmiertelnego wypadku

1,5 roku od tragicznego zdarzenia, do jakiego doszło na szosie z Gniezna do Gębarzewa, rozpoczął się proces sądowy przeciwko oskarżonemu o spowodowanie tego wypadku. W jego wyniku we wrześniu 2024 roku zginął 12-letni Marcel i jego 42-letni ojciec, Marcin. Dzisiaj zeznawał kierowca busa, w który uderzył jednoślad oraz trzech świadków, którzy przypadkowo pojawili się na miejscu zdarzenia. 

Wypadek miał miejsce 28 września 2024 roku na szosie prowadzącej z Gniezna do Gębarzewa, na wysokości skrzyżowania z drogą gruntową idącą na pola oraz betonową, kierującą się do zakładu karnego. To tam, około godziny 18:30, w jadący od strony Gębarzewa samochód marki Volkswagen Transporter, podczas skręcania na pierwszą z nich (w lewo), uderzył jadący z przeciwka motocykl. Jednośladem podróżował 42-letni mężczyzna i jego 12-letni syn. Obaj zginęli na miejscu. Jadącemu busem kierowcy, któremu towarzyszyła córka, nic się nie stało. Tragedia dotknęła nie tylko rodzinę zmarłych, ale także społeczność szkolną, do której uczęszczał Marcel.

W sierpniu ub. roku, Prokuratura Rejonowa w Gnieźnie poinformowała nas o ustaleniach poczynionych przez biegłego powołanego do sprawy. Jak z nich wynika, zdarzenie było wynikiem niezachowania ostrożności przez kierującego busem, co doprowadziło do wypadku. W momencie zdarzenia, prędkość skręcającego pojazdu ustalono na około 7 km/h, a motocykla jadącego z przeciwnej strony na około 76 km/h (na tym odcinku wówczas dopuszczalne było 90 km/h).

Od osiedla Pustachowa w Gnieźnie aż do Gębarzewa, przez 3,5 kilometra droga prowadzi w linii prostej. Na odcinku od lasu w stronę wsi rok wcześniej ułożono nowy asfalt. Aura była pogodna, widoczność dobra. A doszło do wypadku. Dlaczego?

Dziś przed Sądem Rejonowym w Gnieźnie rozpoczął się proces w tej sprawie. Sprawca, Janusz M., został oskarżony o nieumyślne spowodowanie wypadku drogowego. Przyznał się, że brał udział w zdarzeniu, ale nie do tego, że nastąpiło to z jego winy. Dodał, że wpłynęło to na jego zdrowie psychiczne oraz odbiło się na całej rodzinie, włącznie z niepełnoletnią córką, która wtedy z nim jechała.

Jak wspominał oskarżony, to był wieczór, słońce chyliło się ku zachodowi i w tym czasie wspólnie jechali wykonać zdjęcia tej chwili na pobliskim polu. Widział światła pojazdu zmierzającego z przeciwnej strony: – Oceniłem, że te światła są na tyle daleko, że podjąłem manewr skrętu. Jadąc z córką, żeśmy skręcili w lewo, praktycznie po zjeździe, bo zaraz mieliśmy się zatrzymać, córka krzyknęła „uważaj!”, usłyszałem wielki huk i samochód gwałtownie stanął – wspominał. To miało być tylko „mocne bujnięcie”, które on odczuł, jakby auto wjechało w dziurę.

Dalej opowiadał o tym, co działo się tuż po tym. Jak podszedł do poszkodowanych leżących na drodze – dorosły leżał za jego autem, a dziecko pod pojazdem. – Wtedy włączyła się panika, bo chciałem podnieść samochód, żeby go wydostać, ale nie dało rady, bo to są 2,5 tony. W moją stronę wyszła też córka z samochodu. Nie kazałem jej w tym kierunku się udawać – mówił, dodając iż chciał ją chronić przed tym widokiem.

Następnie zeznawali świadkowie – przypadkowi kierowcy, którzy najechali na całe zdarzenie tuż po tym, jak doszło do wypadku. Pierwszy z nich zapamiętał motocykl roztrzaskany na części. Był jednym z tych, którzy dzwonili po służby, choć sam był w szoku po tym, co zobaczył na drodze:Też jestem motocyklistą, a może bardziej byłem. Od tego momentu wyjechałem może dwa razy motorem na stację diagnostyczną. Też mnie gdzieś to mocno dotknęło. Staram się to wymazać z pamięci, staram się nawet tą drogą nie jeździć – mówił świadek.

W dalszej kolejności zeznawali dwaj funkcjonariusze Służby Więziennej z Zakładu Karnego w Gębarzewie. Akurat skończyli swoją zmianę i wracali do domów drogą dojazdową od strony więzienia, kiedy najechali na wypadek. Wspólnie podjęli się reanimacji poszkodowanego mężczyzny. Dziecko znajdowało się pod pojazdem i nie można go było wyciągnąć. – Gdy podjechałem, oskarżony był w samochodzie. To był totalny szok dla kierowcy, nie wiedział co zrobić, nie wiedział, co się stało. Później nie obserwowałem kierowcy, bo my przeszliśmy do działania – wspominał. Drugi ze strażników podobnie wspomniał tamte tragiczne chwile. Reanimację przejęli następnie od nich pierwsi przybyli na miejsce ratownicy ze straży pożarnej i karetki. Nie przyniosła ona rezultatu.

W trakcie rozprawy wiele razy padły pytania o to, jak ułożeni byli poszkodowani po wypadku, w jakiej pozycji było auto, ale również o to, czy świadków oślepiało zachodzące słońce i gdzie w ogóle się ono znajdowało nad horyzontem w momencie zdarzenia. Przysłuchiwała się temu rodzina zmarłych, obecna na rozprawie. Do sprawy złożone zostały lub mają zostać złożone nowe wnioski dowodowe ze strony obrońcy. Kolejna rozprawa odbędzie się dopiero w sierpniu br.


Komentarz. Kiedy panują złe warunki na drogach, pada deszcz, śnieg, wieje silny wiatr, kierowane są ostrzeżenia dla kierujących. Znana jest także powszechna reguła okoliczności wielu zdarzeń „niedostosowanie prędkości do warunków panujących na drodze”. A w tym przypadku? 28 września 2024 roku pogoda była dobra, warunki na drodze idealne. Dwóch ojców wybrało się z dziećmi na przejażdżkę, ale jedni do domu już nie wrócili. Poniedziałkowe zeznania wciąż nie dały odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Z tego wszystkiego płynie póki co tylko jedno przesłanie – na drodze nie jesteśmy sami.

#Tagi

W związku z dbałością o poziom komentarzy prowadzona jest ich moderacja. Wpisy mogące naruszać czyjeś dobra osobiste lub podstawowe zasady netykiety (np. pisanie WIELKIMI LITERAMI), nie będą publikowane. Wszelkie uwagi do redakcji należy kierować w formie mailowej. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

guest
0 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments