Przejdź do treści głównej



Niewyjaśnione zaginięcie. Zagadka przedsiębiorcy, którą rozmyły wody jeziora

Porzucone ubrania, pusta łódź, brak ciała, policyjne dochodzenie, tajemniczy list i… jasnowidz, który przepowiedział prawdę. Zaginięcie przedsiębiorcy z Gniezna podczas wyprawy na jezioro w rejonie kąpieliska w Skorzęcinie wywołało prawdziwą sensację, a kiedy rodzina opłakiwała jego pewną śmierć, śledczy prowadzili swoje śledztwo. Na prawdę doprowadziły ich dopiero pogłoski. To historia o – dosłownie – „aresztowaniu topielca”.

Była niedziela 30 sierpnia 1936 roku. W ostatnich dniach temperatury wskazywały około 20 stopni już w godzinach porannych, co pozwalało przypuszczać, że i ten dzień będzie również upalny. I tak rzeczywiście było. Jan Małyjasiak, przedsiębiorca z Gniezna, postanowił skorzystać z uroków ciepłej aury, która stale się utrzymywała, mimo końcówki wakacji. Miał ku temu sposobność – żona z dziećmi wyjechała do jej rodziców, więc znając uroki okolic Skorzęcina, postanowił się tam wybrać autobusem.

W latach 30. Skorzęcin dopiero był odkrywany przez miastowych, dla których nadal najpopularniejszym ośrodkiem był Powidz. Jeździły tam autobusy i wąskotorówka, a na miejscu działały wyszynki, restauracje, miejsca noclegowe ale też łazienki na plaży – pełna infrastruktura turystyczno-rekreacyjna. Tymczasem w Skorzęcinie funkcjonowało jedynie kąpielisko – plaża i skromne zaplecze z szafkami dla plażowiczów, a także zaopatrzenie żywieniowe i stanowisko z łodziami do wypożyczenia. To nie to, co dzisiejszy „odjechany ośrodek”. Całość była co roku dzierżawiona, a każdy zarządca starał się zapewnić rozrywkę plażowiczom.

Na sezon 1936 roku opiekunem kąpieliska w Skorzęcinie został pan Szymaniak z Gniezna, który zachęcał do korzystania z oferty – autobusy wyjeżdżały rano z Rynku i wracały do miasta wieczorem. Tak też było w te ostatnią niedzielę sierpnia.

Jak już wspomniano, 30 sierpnia 1936 roku dnia faktycznie dopisała. Wszyscy korzystali z iście letniej aury, po dotarciu na miejsce kapiąc się w jeziorze lub też pływając łodziami po rozległym akwenie. Do miastowych dołączali miejscowi, którzy po tygodniu pracy w polu, mieli więcej wolnego czasu w niedzielę.

Wieczorem, kiedy już zmierzchało, większość plażowiczów zebrała się z plaży i opróżniła swoje kabiny w szatni. Wszyscy powracający udawali się już na autobus. To wtedy zauważono, iż jedna z szafek wciąż jest zajęta. Zaczęto się zastanawiać, gdzie podziewa się osoba, która ją wynajęła na ten dzień. Postanowiono sprawdzić, co jest w środku i… zastano tam wszystko. Otworzono kabinę, gdzie znaleziono ubranie i teczkę, w której znajdowały się różne papiery i notatki. W kieszeniach ubrania znaleziono książeczkę wojskową, dowód osobisty i klucze od mieszkania, nie było w nich natomiast pieniędzy – pisał gnieźnieński dziennik „Lech”.

Ustalono, że rzeczy należą do Jana Małyjasiaka z Gniezna, tamtejszego przedsiębiorcy. Mężczyzna wciąż nie wracał.Mimo późnej już pory wszczęto poszukiwania za zaginionym, i to zarówno nad brzegiem jeziora jak i w przyległym lesie. Poszukiwania te nie dały rezultatu, wobec czego wznowiono je w poniedziałek od samego rana, lecz i tym razem bez skutku – opisywano w gazecie. Temat wkrótce powieliły inne gazety. Jednocześnie dzień po zaginięciu do Gniezna powróciła niczego jeszcze nieświadoma żona mężczyzny. Kobieta wraz z dziećmi dowiedziawszy się, że ten zaginął na jeziorze, wpadli w rozpacz.

„Tajemnicze zaginięcie kupca gnieźnieńskiego”, „Tragiczna kąpiel w jeziorze”, „Nowa ofiara jeziora Skorzęcińskiego?” – takie tytuły pojawiały się w kolejnych dniach na łamach prasy w całym regionie. O sprawie pisały liczne gazety, bowiem sprawa była tajemnicza. Był człowiek i go nie ma. Nie ma też ciała.

O zaginięciu rzecz jasna od razu powiadomiono posterunek policji, ale cóż mieli zrobić funkcjonariusze, skoro nigdzie nie było śladów? Poza znalezionymi rzeczami nic nie wskazywało, by mogłoby się stać coś innego niż to, że mężczyzna po prostu utonął. Nikt nie wiedział jednak kiedy i gdzie przebywał w ostatnich chwilach.

– (…) bardzo ważny szczegół podał szofer dyrektora zakładów miejskich w Gnieźnie, p. Wawrzyniak, który krytycznego dnia pojechał samochodem do Skorzęcina i tam kilkakrotnie rozmawiał z Małyjasiakiem. Szofer widział, jak Malyjasiak spokojnie się kąpał, jeździł łódką i plażował. Kiedy Wawrzyniak wyjeżdżał samochodem do Gniezna, widział jeszcze, jak Małyjasiak brodził po kolana w wodzie, następnie wrócił na ląd i około godziny 18,30 szedł w kierunku lasu w kostjumie kąpielowym – opisywał jakiś czas później dziennik „Kurier Poznański”.

Zrozpaczona żona, Maria Małyjasiakowa, zorganizowała akcję poszukiwania ciała męża – wynajęła w tym celu rybaka, który pływał po jeziorze i sprawdzał dno oraz brzeg pod tym kątem. Dni mijały, kobieta wyczekiwała dniami na brzegu, ale… na nic to. Po dwóch tygodniach zdano sobie sprawę, że woda póki co nie odda mężczyzny bliskim i nie będą mogli go pochować.

***

Kim był Jan Małyjasiak? Urodził się 4 stycznia 1898 roku w powiecie kaliskim. W swoim życiu zawodowym był najpierw nauczycielem, ale potem, po pewnych problemach zawodowych, przebranżowił się na szofera, a on sam związał się z branżą samochodową, prowadząc linię autobusową w rejonie Pleszewa, która jednak została zlikwidowana. Do Gniezna przybył jesienią 1929 roku i przy ul. Trzemeszeńskiej założył zakłady reparacji samochodów oraz napraw i montażu karoserii.

– Pomimo, że nie był on fachowcem to jednak karoserie przez niego projektowane i wykonywane były pod względem jakości pierwszorzędne, to też cieszył się zaufaniem klienteli i zarabiał bardzo dobrze. Wśród przyjaciół uchodził za bardzo dzielnego i zdolnego fachowca, człowieka zamożnego (majątek w gotówce obliczano na ca 30.000 zł) no i dobrego kompana mającego wielki gest, w którego towarzystwie można było sobie dobrze podpić, podjeść i zabawić się – wspominał „Lech”. Z czasem jednak, kiedy kryzys gospodarczy dotknął mocno branżę motoryzacyjną, Jan Małyjasiak znowu się przebranżowił. W listopadzie 1933 roku otworzył przy ul. Chrobrego 9 sklep pn. „Nitrobarwa”, czyli „przedsiębiorstwo farbowania i lakierowania skór oraz przedmiotów skórzanych”. 

Los był jednak wciąż zmienny, a kolejny biznes nie bardzo wypalił. Przedsiębiorca poszedł w innym kierunku – postanowił wykupić koncesję na obsługiwanie linii autobusowej Częstochowa – Wieluń (inne gazety podają Wieluń – Radomsko). Było to korzystne, gdyż położone znacznie bliżej jego rodzinnych stron. W połowie 1936 roku Małyjasiakowie zdecydowali, że w najbliższym czasie opuszczą Gniezno i przeprowadzą się do Częstochowy. Najpierw jednak trzeba było uregulować kilka spraw i zdać przy ul. Podgórnej 3, które zajmowali od początku sprowadzenia się do Gniezna. To właśnie tym zajmował się Jan na kilka dni przed zaginięciem. 

***

Załamana kobieta zaczęła sobie zdawać sprawę, że nie mogąc odnaleźć ciała męża, pozostaje jej szukanie prawdy i wyjaśnienie całej sprawy u… jasnowidzów. W tym celu kobieta napisała do Stefana Ossowieckiego, najbardziej znanego w okresie międzywojennym polskiego jasnowidza, który jednak nie odpowiedział na jej list. – Za namową sąsiadek udała się do pewnego „jasnowidza” w Obórce pod Gnieznem. Ten ją zapewnił, że mąż jej nie znalazł śmierci w nurtach jeziora, lecz na skutek zaniku pamięci udał się do lasu i błądzi – opisywał „Kurier Poznański”. Wskazywano, że mężczyźnie w młodości dwukrotnie zdarzyły się incydenty z utratą pamięci, więc…

W całej sprawie zaginięcia zastanawiający był brak pieniędzy w rzeczach, które zostały w kabinie mężczyzny. Jak na kogoś majętnego, brak nawet kilku złotych na powrót do Gniezna naprowadzał myśli na to, że albo mężczyzna zniknął umyślnie lub też został obrabowany i zamordowany. Nie było jednak ku temu dowodów. Zastanawiająca była jeszcze jedna sprawa – kilkanaście dni po zaginięciu mężczyzny doszło do włamania do mieszkania Małyjasiaków w kamienicy przy ul. Podgórnej 3: – Sprawcy przetrząsnęli, korzystając z nieobecności domowników całe mieszkanie, w rezultacie jednak nic nie zabrawszy, ulotnili się – informował „Lech”. „Kurier Poznański” ustalił natomiast, że mężczyzna miał dłużników, którzy zalegali mu w sumie na 15 tys. złotych – kwotę wówczas ogromną. Przypuszczano, że złodzieje poszukiwali listy tych zobowiązań, bowiem w mieszkaniu nic nie skradziono z wartościowych rzeczy, ale wyraźnie przeglądano różne papiery.

W końcu Maria Małyjasiakowa wyprowadziła się z Gniezna do Rakutowa koło Pleszewa, likwidując mieszkanie w Gnieźnie. O sprawie zaginionego z czasem zapomniano, a policjanci zawiesili postępowanie.

W jeziorze ciało nigdy nie wypłynęło, natomiast sensacja już tak. Prawie rok po zaginięciu mężczyzny jak grom z jasnego nieba padła wieść, że Jan Małyjasiak przebywa we… Francji. Taką wiadomość podał „Kurier Poznański” 4 sierpnia 1937 roku. – Dziś około godz. 9.30 przybył do naszego oddziału gnieźnieńskiego pewien obywatel, przyjaciel Małyjasiaka i zdradził nam całą tajemnicę. Była u niego wczoraj siostra żony Małyjasiaka i powiedziała mu, że w ubiegłym tygodniu żona Małyjasiaka otrzymała z Francji urzędową wiadomość, że jej mąż żyje z pewną kobietą we Francji – informował dziennik w sensacyjnym tonie przekonując, że ta wiadomość polega na prawdzie. Jako dowód wskazano, że zaginiony w czasie I wojny światowej miał pracować we Francji w zakładach motoryzacyjnych.

Tę rewelację podawały zaraz po tym inne dzienniki, podając ten „news”. „Nowy Kurier” zatytułował aż przesadnie „Sfingował samobójstwo, aby uciec do Francji od żony”. „Kurier Poznański” w prasie podał kolejnego dnia dodatkową informację – Jan Małyjasiak na krótko przed zaginięciem miał się ubezpieczyć w PKO na 35 tys. złotych, aby zabezpieczyć byt żonie w przypadku jego śmierci. To właśnie sprawiło, że do sprawy powrócili policjanci, bowiem w grę wchodziło tzw. oszustwo asekuracyjne.

Francuski ślad najprawdopodobniej doprowadził policjantów donikąd. Zanim jednak się o tym przekonali, przesłuchali wszystkie osoby i skontaktowali z policjantami z zachodniego kraju o pozyskanych poszlakach. Wszystko na nic. 

Minął prawie kolejny rok. Był początek maja 1938 roku. Policjantów jednego z posterunków w powiecie kaliskim powiadomiono, że we wsi Graniczki, na terenie jednego z gospodarstw pojawia się tajemniczy, zarośnięty mężczyzna. Miał on wypasać świnie u jednego z hodowców, ale jednocześnie… unikać spojrzeń innych osób. Funkcjonariusze udali się pod wskazany adres i dokonali rewizji budynków. W jej trakcie natrafiono na opisywanego mężczyznę, ukrywającego się na strychu, który od razu przyznał się kim jest – był to Jan Małyjasiak. Gospodarstwo zaś należało do jego ojca. 

To była sensacja i powrót do historii sprzed prawie dwóch lat, która została rozwiązana. Nie było utonięcia, była… ucieczka? To teraz trafiło na arenę spekulacji gazet, które przerzucały się ta historią usiłując wyjaśnić, co się stało. „Lech” podał, że nic w tej historii nie pasuje, bowiem mężczyzna był majętny i nie mógł narzekać na brak pieniędzy na życie.

Pikanterii dodał fakt, że Jan Małyjasiak ukrywał się w miejscu, które było oddalone o kilka kilometrów od domu, w którym po wyprowadzce z Gniezna przebywała jego żona z dziećmi. Zdaniem „Lecha” kobieta nie miała z czego się utrzymać i miała żyć cały czas w przekonaniu, że jej mąż nie żyje. Odnaleziony mężczyzna został aresztowany i przewieziony do Gniezna, gdzie miano go przesłuchać przez śledczych. I na tym sprawa w zasadzie… kończy się. W prasie nigdy nie podano powodów, dla których przedsiębiorca zniknął, zaszywając się gdzieś na poddaszu. A może faktycznie Jan doznał zaniku pamięci? Tylko czemu jego rodzina miałaby milczeć w obliczu dramatu jego żony? Sugerowane w wielu gazetach oszustwo asekuracyjne nie zostało potwierdzone, a przecież taki temat na pewno byłby ciekawy. Niemniej, po wszystkim rodzina ponownie się zeszła.

***

Los dla odnalezionego nie był jednak łaskawy. Jan Małyjasiak po wybuchu wojny zamieszkiwał z żoną i dziećmi w Rokutowie – niedaleko miejsca, gdzie został odnaleziony. Tam też, na początku grudnia 1940 roku jako Polak nie ukłonił się butnemu, młodemu Niemcowi. Kilka dni po tym grupa Niemców w odwecie napadła na dom Małyjasiaków, w trakcie czego wszyscy członkowie rodziny zostali pobici. W trakcie ucieczki postrzelony śmiertelnie został najstarszy syn Jana. Kilka dni później ojciec rodziny został aresztowany i skazany na dożywotnie więzienie. Jan Małyjasiak najpierw był osadzony w Rawiczu, a następnie w grudniu 1942 roku trafił do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, gdzie zmarł niecały miesiąc później – 5 stycznia 1943 roku, dzień po swoich 45 urodzinach. 

#Tagi

W związku z dbałością o poziom komentarzy prowadzona jest ich moderacja. Wpisy mogące naruszać czyjeś dobra osobiste lub podstawowe zasady netykiety (np. pisanie WIELKIMI LITERAMI), nie będą publikowane. Wszelkie uwagi do redakcji należy kierować w formie mailowej. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

guest
0 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments