Przejdź do treści głównej



Pokaz lotniczy przerwany przez tragedię. Chaos, nad którym nikt nie panował

Lądowisko na Kawiarach chwilę po tragedii. Zdjęcie z „Kuriera Poznańskiego”, nieco poprawione przez SI (oryginał w artykule)

Sto lat temu, na ówczesnych przedmieściach Gniezna, podczas szumnie zapowiadanego lotniczego weekendu, doszło do drastycznego zdarzenia. Podczas pokazu zorganizowanego na tymczasowym lądowisku, na skutek kompletnej niefrasobliwości organizatorów, zginęło kilkuletnie dziecko. Niewiele brakowało, a dramat byłby jeszcze większy, gdyby nie odwaga jednego z żołnierzy, który uratował innych małolatów przed błyskawicznie pędzącym w ich kierunku samolotem.  

Dziś po tej historii nie ma śladu w terenie – ani tam, gdzie było lądowisko, ani w pamięci mieszkańców Gniezna, którzy wraz z upływającymi pokoleniami, zapomnieli o tamtych zdarzeniach. Pozostał jedynie grób ofiary i doniesienia prasowe. Żeby zrozumieć to, co się wówczas wydarzyło, trzeba zacząć trochę wcześniej.

Historia sportów lotniczych w Gnieźnie sięga lat 20. XX wieku. Pierwsze przelatujące aeroplany – jak wówczas nazywano samoloty – można było w tych okolicach dostrzec jeszcze przed I wojną światową. To one rozbudzały już umysły ludzi, zwłaszcza młodych, o możliwościach, jakie daje ten nowy wynalazek ludzkości. Rozwój lotnictwa w trakcie światowego konfliktu sprawił, że wyszkolone kadry, pomimo żniwa śmierci na froncie, powiększały się. Wśród nich byli Polacy, nabywający umiejętności pod niemieckim, rosyjskim czy austriackim dowództwem. Wraz z końcem wojny i odzyskaniem niepodległości, szeregi polskich pilotów, już w nowej, odrodzonej Rzeczypospolitej, stanowiły zręby nie tylko sił zbrojnych spod znaku biało-czerwonej szachownicy, ale także nauczycieli kolejnych adeptów lotnictwa. Zostać pilotem samolotu – to było marzenie wielu młodych osób.

U rządzących Polską nie zniknęła jednak świadomość zagrożenia, jakie niosło za sobą wrogie lotnictwo w przypadku konfliktu zbrojnego. W tym celu, wkrótce po okrzepnięciu sytuacji po wygranej wojnie polsko-bolszewickiej, powstało w 1922 r. Towarzystwo Obrony Przeciwgazowej, a w 1923 r. Liga Obrony Powietrznej Państwa (w 1928 r. połączone w Ligę Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej). To jednak drugie ze wspomnianych LOPP stało się organizacją, która starała się propagować nie tylko tytułową obronę, ale także wiedzę o lotnictwie i promować ten sport. Koło LOPP powstało także w Gnieźnie i była prężną organizacją.

Nie zagłębiając się w różne akcje, organizowane przez gnieźnieńskie LOPP, jednym z pierwszych naprawdę dużych wydarzeń, stała się zaplanowana na wrzesień 1926 r. impreza lotnicza, która miała objąć cały weekend. Za stacją kolejową, w rejonie dzisiejszej ul. Składowej i terenów zajętych przez rozbudowany w czasie II wojny światowej kompleks parowozowni, zostało wytyczone lądowisko, które szumnie określono też jako „lotnisko”. Teren był w miarę płaski, trawiasty, a wokół niego, poza torowiskiem stacji i stojącym przy ul. Witkowskiej tartakiem i browarem, nie było żadnej zabudowy. Wydawałoby się – idealne miejsce na tego typu wydarzenie, zaplanowane na 18 i 19 września 1926 r.

– Jutro tj. w sobotę przybywa do Gniezna w celach propagandowych na teren lotniczy koło Kawiar przy dworcu kolejowym eskadra lotnicza z Poznania, która ma wykonać loty próbne dla prasy oraz ewolucje na aeroplanach syst. „POTEZ”. Tego samego dnia odbędzie się o godz. 7,30 wieczorem wykład o lotnictwie z obrazami świetlnemi w auli Szkoły handlowej. Wstęp wolny – zapowiadano w gazecie „Lech” z 17 września 1926 roku (szkoła handlowa to rzecz jasna dzisiejszy Ekonomik).

Jak dalej anonsowano: – W niedzielę, dnia 19. bm. o godz. 2 po poł. odbędzie się na terenie Kawiar pokaz samolotów oraz wzloty dla publiczności i popisy. Podczas popisów koncertować będzie orkiestra 69. pułku piechoty, prócz tego strzelanie do tarczy o premje, loterja amerykańska itp. niespodzianki. Wstęp na teren lotniczy dla członków L.O.P.P. 25 gr, dla innych 50 gr, młodzież szkolna i wojskowi 10 gr. Nie wątpimy, że impreza lotnicza ściągnie w sobotę i niedzielę na teren lotniczy niezliczone zastępy naszego  obywatelstwa – przewidywał „Lech”. Nie przeczuwano chyba jednak, jak bardzo duże zainteresowanie będzie tą imprezą. Wieści o wydarzeniu bardzo szybko rozchodziły się po mieście i bez pomocy prasy.

Ostatecznie w sobotnie popołudnie do Gniezna przyleciały dwa samoloty francuskiej produkcji marki „Hanriot” z dwoma pilotami i kapitanem lotnictwa Andrzejem Kładką, który miał także wygłosić wspomniany wykład. – Lotnisko Kawiary, wybrane z braku innych terenów, nie odpowiada na ogół wymaganiom współczesnej awiatyki, a nawet dla lotów na mniejszych maszynach o słabszych motorach nie jest odpowiednie głównie z powodu szczupłych rozmiarów i nierówności nawierzchni, to też w przyszłości okaże się rzeczą niezbędną wyszukać na ten cel odpowiedniejsze miejsce – pisał później gnieźnieński dziennik w sprawozdaniu.

Prawdziwą gratką tego lotniczego weekendu były nie tylko same pokazy, ale także szansa na prywatny lot aeroplanem nad okolicami za odpowiedną opłatą. W sobotę, kiedy maszyny wylądowały w Gnieźnie, doświadczyły tego wybrane osoby, które były zaangażowane w organizację wydarzenia, a także redaktorzy gnieźnieńskich gazet. W niedzielę natomiast okazję mieli sami mieszkańcy. Dzień ten zapowiadał się pięknie od samego rana!

– Pogoda była wymarzona. W porze popołudniowej lotnisko zaległy tłumy różnorodnej publiczności, poczynając od sędziwych obywateli i kończąc na niemowlętach w wózkach sprowadzonych tu nie wiadomo po co i na co. Obecnych było około 3000 osób – opisywał „Lech” tamto niedzielne popołudnie, przypadające na 19 września 1926 r. Poruszające jest jednak to sprawozdanie, które opisuje w zasadzie organizacyjny chaos: – Całe to mrowie ludzkie ruchomą falą rozlało się po lotnisku, nie pozostawiając literalnie ani kawałka próżnej przestrzeni. Dziwne to zaiste robiło wrażenie: wszak na lotnisku miały odbywać się nie publiczne spacery a wzloty aeroplanów, t.zn. machin, które dla rozpędu i lądowania potrzebują dużo wolnego miejsca. To też jeszcze przed rozpoczęciem się lotów znaleźli się tacy, którzy przepowiadali nieszczęście (…).

Niedzielna impreza na lądowisku na Kawiarach rozpoczęła się o godzinie 14. Przed przybywającymi tłumami było kilka godzin zabawy przy zaplanowanych atrakcjach. Wszyscy tylko wypatrywali samych samolotów. Nie była to już aż taka nowinka techniczna, ale jednak wyjątkowa okazja, by poobserwować te podniebne maszyny w akcji. Dobrze się jeszcze wszystko nie zaczęło, kiedy doszło do tragedii.

– Podczas drugiego lotu z pasażerem, przy lądowaniu, samolot kierowany przez st. sierżanta – pilota Szwencera mknąc z ogromną szybkością po lotnisku wpadł na 7-letniego chłopca, kładąc go na miejscu trupem! – tu darujemy dalszy opis „Lecha”, gdzie z „fizyczną precyzją” opisano, co dokładnie stało się z głową dziecka po zetknięciu z błyskawicznie obracającym śmigłem. Był to 7-letni Marian Izbiński, zamieszkały przy ul. 3 Maja. Okrzyki przerażenia i lament mieszały się z dramatem rodziców, którzy również przebywali na tym wydarzeniu. Obecni na miejscu policjanci natychmiast zabezpieczyli rejon zdarzenia i przybyłe posiłki przeprowadziły dochodzenie: – Uciekając od nadlatującego aeroplanu, w ogólnym popłochu stracił do reszty swą słabą jeszcze dziecinną orjentację i wpadł prosto na śmigło (…) – opisywano i tłumaczono okoliczności zdarzenia.

Nieomal doszłoby do większej tragedii, gdyby nie chorąży Mendyk: (…) który widząc zbliżający się samolot pochwycił i przydusił do ziemi dwoje dzieci, tak że skrzydło aparatu przeszło nad ich głowami. W ten sposób dzięki jego przytomności umysłu zostały uratowane od niechybnej śmierci dwie dalsze ofiary.

Dziś w obliczu takiej tragedii najpewniej impreza zostałaby zamknięta. A w tym przypadku, po zakończeniu dochodzenia policyjnego i zabraniu z „płyty lotniska” ciała ofiary oraz rozpaczających rodziców, loty wznowiono i imprezę kontynuowano – jak wskazano – „przy wzorowym porządku” do końca dnia. O drastycznym zajściu nikt nie mógł jednak zapomnieć.

Wieść o tragicznym przebiegu pokazów lotniczych rozeszła się po kraju za pomocą wielu gazet. Tymczasem „Lech” w sprawozdaniu z imprezy pytał: „kto winien?”. Oczywiście publiczność, która nie wykazywała się żadnym rozsądkiem, ale trudno tu było winić masy. Tak samo nie można było winić pilota Karola Szwencera, wszak nie mógł zbyt wiele zdziałać z rozpędzoną maszyną toczącą się po trawiastym lądowisku.

– Reszta winy spada nie na pilota, a na wadliwą, a nawet po prostu niedbałą organizację. Zamiast bowiem odgraniczyć sznurami szeroki pas w pośrodku lotniska dla wzlotów i lądowania, albo przynajmniej otoczyć miejsce wzlotów kordonem i oznaczyć go chorągiewkami – zużytkowano żołnierzy oddanych w liczbie około stu do dyspozycji komitetu przez komendę miasta, do pilnowania peryferji lotniska, aby nikt się tam nie przedostał bez biletu. Na placu zostało tymczasem zaledwie kilku policjantów i żołnierzy, którzy nie mając należytych dyrektyw, nie mogli oczywiście zaprowadzić porządku. Niechajże wypadek ten, przypieczętowany krwią niewinnego dziecka, posłuży jako niezapomniana nauka na przyszłość, że organizując podobną imprezę, należy przedewszystkiem mieć na oku bezpieczeństwo publiczne, a później dopiero wszelkie inne względy, nie wyłączając i względów kasowych. Zła by to była propaganda lotnictwa, gdyby takie wypadki miały się powtarzać – podsumował to „Lech”. Pogrzeb małego Mariana Izbińskiego odbył się trzy dni po tragedii – spoczął na cmentarzu św. Krzyża, przy tłumnym udziale mieszkańców Gniezna.

Takich pokazów lotniczych w kolejnych latach już w Gnieźnie nie organizowano, a przynajmniej w tak chaotycznej formule, jak to miało miejsce w 1926 roku. W prasie nie podano ewentualnych rozstrzygnięć co do tego, kto ponosił odpowiedzialność za całe zdarzenie. Prawdopodobnie jednak nikogo nie spotkały żadne reperkusje.

Lotniczych pasji jednak tragedia nie mogła powstrzymać i dalej się one rozwijały w młodych umysłach Gnieźnian, a promowanie lotnictwa trwało dalej – na różne sposoby. Wypadków lotniczych jednak też nie brakowało i zdarzały się one również w okolicach Gniezna, ale w samym centrum miasta, o czym niegdyś już napisano (zobacz więcej).


Osoby mające ciekawe informacje, zdjęcia lub historie do opowiedzenia nie tylko do powyższego tematu, ale dotyczące Gniezna i okolic, mogą się skontaktować: historia@gniezno24.com

#Tagi

W związku z dbałością o poziom komentarzy prowadzona jest ich moderacja. Wpisy mogące naruszać czyjeś dobra osobiste lub podstawowe zasady netykiety (np. pisanie WIELKIMI LITERAMI), nie będą publikowane. Wszelkie uwagi do redakcji należy kierować w formie mailowej. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

guest
0 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany