Ciało leżało na polnej drodze. W okolicy nie było nic, poza położonymi niedaleko zabudowaniami wsi Pławnik, dziś stanowiącej osiedle na terenie Gniezna. Zwłok najprawdopodobniej nie przenoszono, a w ziemię wsiąkała krew, pochodząca z głębokiej rany na szyi. Kto dokonał mordu? Na to pytanie próbowali odpowiedzieć policyjni wywiadowcy, których wezwano na miejsce. Wyjaśnienie tej zagadki zajęło kilka tygodni, a jej rozwiązaniu… pomógł przypadek.
Napady rabunkowe były zmorą pierwszych lat okresu międzywojennego. Rozprężenie moralne w społeczeństwie, wywołane I wojną światową i wojną polsko-bolszewicką, a do tego panujący kryzys gospodarczy sprzyjał pogarszaniu się ogólnej kondycji społeczeństwa. O ile wielu obywateli odradzającego się kraju starało się żyć zgodnie z literą prawa, tak dla pewnej części sytuacja ta była okazją do „szybkiego zarobku”. Powszechny dostęp do broni nie był tajemnicą, a w wielu domach znajdowały się rewolwery czy karabiny, przechowywane po powstaniach i wojnach. Miały one służyć obronie własnej w razie niespodziewanego najścia. Ale w przypadku tej zbrodni, dokonanej pod Gnieznem, nie użyto broni palnej, a sama śmierć ofiary była straszna.
Dzisiaj miejsce zbrodni to okolice ul. Sosnowej, prowadzącej od ul. Witkowskiej i dalej od ul. Leśnej, w stronę Lasu Miejskiego i Goczałkowa. Przynajmniej tak to wynika z opisów, zachowanych w dawnej prasie. Całe zdarzenie miało miejsce w grudniu 1920 roku, kiedy wzdłuż tej drogi nie było niczego, a około 300 metrów dalej, przy obecnej ul. Pławnik, znajdowały się zabudowania wsi o tej samej nazwie. Kilka z nich stoi do dzisiaj.
Prawdopodobnie to miejscowi znaleźli zwłoki, leżące przy drodze. Stało się to 8 grudnia 1920 roku po północy. Wezwani na miejsce policyjni wywiadowcy zastali ciało mężczyzny z rozbitą głową oraz poderżniętym gardłem. Rana była potworna, gdyż sprawca lub sprawcy niemal odcięli głowę swojej ofierze. Świadczyło to nie tylko o niewyobrażalnym okrucieństwie, ale też silnej determinacji zbrodniarza.
Bardzo szybko ustalono, że ofiarą był 35-letni Władysław Skweręs, handlarz mieszkający w Gnieźnie (nazwisko często zapisywano jako Skwerens). Urodził się w 1884 roku w Targowej Górce w powiecie średzkim, ale od 1906 roku mieszkał w Gnieźnie – w kamienicy przy Hornstrasse 6, później, po odzyskaniu niepodległości, przemianowanej na ul. Mieczysława (dziś jest to ul. Mieszka I 15).
Nie wiadomo, gdzie dokładnie pracował, ale wiemy, iż był bratem Ignacego Skweręsa, znanego w Gnieźnie ze swojego udziału w powstaniu wielkopolskim. Sam Władysław prawdopodobnie jednak pozostawał w cieniu tych wydarzeń, podobnie jak w ukryciu pozostawał ostatni interes, jaki miał zamiar ubić.
Mimo swojego wieku, Władysław Skweręs był kawalerem. Dlatego zamordowanego pochował jego brat. Pogrzeb odbył się 15 grudnia 1920 roku.
Wywiadowcy zajmujący się sprawą mieli ręce związane. Dookoła pusto. Żadnych świadków. Żadnych śladów. Nie wiadomo też było, co Skweręs robił w tym miejscu. Ustalono jedynie, że poprzedniego dnia widziano go w mieście, a więc stwierdzono, że zbrodni dokonano na godziny przed znalezieniem zwłok. Pozostawało jednak pytanie, kto za nią stał. Dlatego rozpoczęto drobiazgowe śledztwo – na tyle, na ile pozwalały ówczesne realia. A te nie były wcale takie kolorowe, bowiem formacja Policji Państwowej została w zasadzie dopiero co powołana do życia, ale jeszcze nie było ustabilizowanej struktury. Sami wywiadowcy mieli pełne ręce roboty, a dostępne narzędzia pozostawały wiele do życzenia.
Od razu przypuszczano jednak, że powodem zbrodni był rabunek. Przy zwłokach nie znaleziono żadnych pieniędzy, ani innych wartościowych rzeczy. Trudnym jednak do ustalenia pozostawało, dlaczego morderstwo miało miejsce w takiej nieoczywistej lokalizacji – czy ktoś wywabił handlarza tak daleko, żeby nie było świadków? To dlaczego zwłoki pozostawiono w widocznym miejscu?
Po pewnym czasie dokonano pierwszych zatrzymań – były to osoby, które najprawdopodobniej swoim „stylem życia” uprawdopodobniały udział w zbrodni. Był to niejaki Dopierała z Gniezna oraz jacyś Rurkowie z Żelazkowa. Tyle wspomniano w prasie. Nie udowodniono im jednak ostatecznie udziału w morderstwie, dlatego jeszcze w styczniu 1921 roku zostali oni zwolnieni z aresztu.
Wiadomość o zatrzymaniu sprawców mordu spadła na Gniezno w połowie lutego 1921 roku. Spadła, bowiem informacja była dla wielu wstrząsająca – okazało się, że za zbrodnią stało czterech żołnierzy z gnieźnieńskiej jednostki wojskowej, mieszczącej się przy ul. Wrzesińskiej. To byli zwykli szeregowi, ale jednak ci z 17. Pułku Ułanów Wielkopolskich do tej pory uchodzili za bohaterów, uczestników nie tylko powstania, ale także walk na froncie polsko-bolszewickim. Podejrzani pochodzili najprawdopodobniej z uzupełnień.
– Dnia 12. 2. przybył Stanisław Lewandowski z Gniezna do Komendy P. P. opowiadając, iż podsłyszał rozmowę w pewnem mieszkaniu, w którem opowiadano iż mordercy Skweręsa są takowym znani, ponieważ w tem mieszkaniu przebywali. Ze względu na to podanie, Komenda P. P. nakazała sprowadzenie owych osobników do Komendy P. P. celem ścisłych przesłuchów – opisywał dziennik „Lech”.
Z przeprowadzonych rozmów wyszło na jaw, że faktycznie słowa te polegają na prawdzie, dlatego policjanci wystąpili do Żandarmerii Wojskowej o sprawdzenie czterech ułanów – 19-letniego Mieczysława Zielińskiego z Łodzi, 19-letniego Antoniego Łuczki z Inowrocławia, 23-letniego Bronisława Rahma z Inowrocławia oraz 19-letniego Mikołaja Kaliskiego z Poznania. – Zbrodnię wykryto w ten sposób, że ułan Kaliski i Rahm zwierzyli się ułanowi Kwiatkowskiemu z swego czynu. Kwiatkowski opowiadał o zbrodni pewnej swojej znajomej (…) – przytoczono w prasie pełne okoliczności.
Na początkowym etapie ustalania faktów, nieświadomi idącego w ich kierunku śledztwa Kaliski i Zieliński otrzymali urlop i zostali wysłani do swoich domów, ale postanowiono kontrolować ich korespondencję. To pierwszy z nich upewnił żandarmów, że podejrzani są faktycznie sprawcami zbrodni: – I faktycznie zdradziły go listy, które pisywał z Łodzi do swoich towarzyszy w Gnieźnie, a których treść wskazywała na współudział w morderstwie – notował „Kurier Poznański”. Wtedy już wszystkich aresztowano i przewieziono do Fortu Grolman w Poznaniu, gdzie mieściło się wojskowe więzienie. Wszystkim groziła kara śmierci.
Na podstawie przeprowadzonych przesłuchań podejrzanych ustalono przebieg zdarzenia, który rozegrał się w pierwszych dniach grudnia 1920 roku. Oto Mieczysław Zieliński, który wpadł na pomysł dokonania napadu, w nieznanych już dziś okolicznościach oraz czasie, poznał Władysława Skweręsa – nie tylko jego osobę, ale też stan finansowy. Mogło być tak, że handlarz prowadził już wcześniej niezbyt legalne interesy, dlatego nie miał oporu przeciwko temu, żeby wejść w kolejny z ułanami, którzy zaoferowali mu kupno koni pochodzących ze stanu jednostki.
Zieliński nie był w ciemię bity – dlatego w ów interes wciągnął trzech innych ułanów. Chciał po prostu złupić handlarza, ponieważ… wojskowi mieli długi. To prawdopodobnie hulaszcze życie sprawiło, że potrzebowali pieniędzy, by uregulować swoje rachunki za różne wypady do miasta, gdzie korzystali z uciech.
Plan był prosty i przebiegał według następującego planu. – (…) 7 grudnia umówił się Zieliński z Skwerensem, iż przyprowadzi mu na umówione miejsce 3 konie wojskowe. Skwerens zapłacił Zielińskiemu w południe 1 500 marek zadatku, a wieczorem dalsze 500 marek. Spotkanie Skwerensa z Zielińskim miało nastąpić o godz. 11 w nocy przed ogrodem „Victoria”. Po rozstaniu się z Skwerensem udał się Zieliński do kinematografu „Luna” gdzie w międzyczasie przebywała reszta oskarżonych i powiadomił ich o swej umowie z Skwerensem – notował później „Lech”. Oczywiście, o sprzedaży jakichkolwiek koni nie było mowy, bo nie można było ich „ot tak” wyprowadzić z jednostki.
Wieczorem 7 grudnia 1920 roku grupa spotkała się na ul. Witkowskiej, gdzie po raz ostatni ustalili plan napadu, a Zieliński powiedział, że: (…) mają się dobrze namyślić, gdyż przedsięwzięcie może się nie dobrze skończyć (…). Wszyscy zdecydowali, że biorą udział w akcji i udali się w stronę Ogrodu Wiktorii – przy dzisiejszym przejeździe wąskotorówki przez ul. Witkowską. Stamtąd skierowali się na drogę „ku Goczałkowu w pobliżu strzelnicy wojskowej”. Prawdopodobnie chodziło o dzisiejszą ul. Sosnową. Rozdzielono role pomiędzy napastników, a następnie Zieliński poszedł w kierunku Ogrodu Wiktorii, gdzie był umówiony z handlarzem.
Spóźniony nieco Skweręs przybył na miejsce pół godziny przed północą. Wokół panowały ciemności, a spotkawszy Zielińskiego dowiedział się, że „towar” czeka w innym miejscu – udali się więc w kierunku Lasu Jelonek, a potem skręcili w stronę Goczałkowa. To około kilometr od Ogrodu Wiktorii. O czym rozmawiali przez te około 10 minut? Być może o kolejnych pomysłach na interes…
– Po przybyciu na oznaczone miejsce na hasło „Bierz!”, wydane przez Zielińskiego, schwycił Kaliski stosownie do umowy Skwerensa oburącz z tyłu za ramiona, Rahn natomiast za gardło, a Łuczka uderzył go trzykrotnie kamieniem w głowę. Gdy Skwerens wskutek tego runął na ziemię wyjął mu Zieliński portfel z pieniędzmi i dwa zegarki, następnie poderżnął Kaliski Skwerensowi gardło – opisywał później „Lech”. Jak wskazano, rana była tak głęboka, że dochodziła aż do kręgosłupa. Ofiara zmarła w krótkim czasie, wykrwawiając się. Zabrane zegarki ostatecznie wyrzucili, gdyż mieli obawy, że ktoś może je rozpoznać.
Po wszystkim zbrodniarze wrócili z powrotem do Gniezna. Tam ułani udali się do jednego z hoteli, gdzie wynajęli pokój i podzielili zabrane 13 tysięcy marek polskich – 3 tysiące dla Łuczki i reszta rzekomo trafiła do właściciela noclegowni na poczet długów zaciągniętych przez pozostałą trójkę. Jakież zobowiązania mogli mieć w hotelu, skoro stacjonowali w jednostce? Nietrudno się domyślić, że mogły to być chociażby „okolicznościowe” wizyty z udziałem pań lekkich obyczajów…
W lipcu 1921 roku Sąd Wojskowy w Poznaniu, nie dając wiary, że zbrodni dokonali będąc pijanymi, skazał wszystkich sprawców na karę śmierci, jednak po apelacji wyroki złagodzono: Zieliński otrzymał 15 lat więzienia, Rahm – 12 lat. Natomiast Łuczka i Kaliski, wcześniej zwolnieni z wojska, zostali przekazani pod sąd cywilny.
Proces przed Sądem Okręgowym w Gnieźnie wobec pozostałej dwójki rozpoczął się w grudniu 1921 roku. Oskarżeni twierdzili, że nie planowali zabójstwa i że Skweręs sam brał udział w nielegalnym procederze. Sąd nie uwierzył w te wyjaśnienia i skazał obu na 13 lat więzienia oraz 10 lat utraty praw obywatelskich. Uznano, że początkowo nie planowano morderstwa, tylko sam napad, a na zbrodnię zdecydowano się dopiero w trakcie rozboju, najpewniej pod wpływem emocji.
* * *
Choć sprawa na krótko wywołała prasową debatę o demoralizacji w Wojsku Polskim, szybko popadła w zapomnienie. O samych zbrodniarzach wiadomo jedynie, że Mikołaj Kaliski opuścił więzienie już w 1928 roku, po odbyciu połowy kary. Losy pozostałych sprawców nie są znane. W listopadzie 1921 roku 17. Pułk Ułanów Wielkopolskich przeniesiono z Gniezna do Leszna, a pamięć o tej zbrodni niemal całkowicie zniknęła z lokalnej historii.
Osoby, które chcą się podzielić ciekawymi historiami z Gniezna, pokazać dokumenty lub zdjęcia z okresu przedwojennego albo powojennego, bądź posiadają ciekawe i nieznane dotąd materiały, prosimy o kontakt: historia@gniezno24.com
W związku z dbałością o poziom komentarzy prowadzona jest ich moderacja. Wpisy mogące naruszać czyjeś dobra osobiste lub podstawowe zasady netykiety (np. pisanie WIELKIMI LITERAMI), nie będą publikowane. Wszelkie uwagi do redakcji należy kierować w formie mailowej. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.