24 ciosy nożem. Sprawca zabójstwa żony w mieszkaniu przy ul. Sikorskiego stanął przed sądem. „Bardzo ją kochałem”

Związek z prawie 30-letnim stażem i konflikt, który – jak twierdzą bliscy – narastał miesiącami. Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu ruszył proces 75-letniego mieszkańca Gniezna oskarżonego o zabójstwo żony. Choć początkowo mówiło się, że przyczyną tragedii był spór o samochód, pierwsza rozprawa odsłoniła znacznie bardziej skomplikowane tło: alkohol, pieniądze, konflikty i relację, która w zasadzie mogła zakończyć się rozwodem. W bloku przy ul. Sikorskiego w Gnieźnie doszło jednak do zbrodni.
Tragedia rozegrała się w poniedziałek 2 czerwca 2025 roku. Wieczorem 74-letni mężczyzna zgłosił się do Komendy Powiatowej Policji w Gnieźnie, informując, że w jego mieszkaniu „stało się coś złego”. Po przybyciu na miejsce do bloku przy ul. Sikorskiego na osiedlu Ustronie w Gnieźnie funkcjonariusze odnaleźli ciało 64-letniej Wisławy M. z licznymi ranami kłutymi, leżące w kałuży krwi.
Przeprowadzona sekcja zwłok wykazała, że ofierze zadano ciosy nożem. Jak ustalono, sprawcą miał być jej mąż, Leszek B., który został zatrzymany. Badanie wykazało, że w tamtej chwili miał około 2,5 promila alkoholu w organizmie.
W toku śledztwa prokuratura postawiła mężczyźnie zarzut zabójstwa. Po zdarzeniu jego stan psychiczny uległ pogorszeniu, dlatego trafił pod obserwację psychiatryczną, po której został przewieziony do aresztu śledczego, gdzie oczekiwał na proces. Ten rozpoczął się dzisiaj przed Sądem Okręgowym w Poznaniu.
Tło sprawy
W sprawie od początku mówiło się, że głównym motywem konfliktu miał być… samochód. W toku dzisiejszego postępowania wyszło jednak całe tło sprawy – alkohol, majątek, a także różne wersje niektórych sytuacji czy zachowań nieżyjącej Wisławy M. oraz oskarżonego Leszka B., które składali ich bliscy.
Na początku lat 80. Leszek B. wziął ślub z Danutą – doczekali się kilku dzieci. Po kilkunastu latach to małżeństwo zakończyło się rozwodem. Leszek B. poznał Wisławę. Nieformalny związek również owocował, a dopiero po długim czasie zawarty został cichy ślub. Tak cichy, że jego dzieci z pierwszego małżeństwa miały o nim nie wiedzieć, mimo stałego utrzymywanego kontaktu z ojcem. Pomimo przejścia na emeryturę, Leszek B. dalej był kierowcą taksówki, a także pracował przy handlu rybami – z obu tych zajęć był znany i przez to rozpoznawalny w środowisku w ostatnim czasie.
Informacje o relacjach pomiędzy wszystkimi dziećmi są rozmaite. Wszyscy B. twierdzą, że kontakt był, odwiedzał ich w domach czy miejscach pracy, a poza tym istniał kontakt telefoniczny – także z byłą żoną. Córka z drugiego związku twierdzi, że z jej punktu widzenia nie były one tak intensywne. Być może rzecz względna, ale istotna.
Miłość aż po grób
Oskarżony z trudem wszedł do sali rozpraw. Jak twierdzi, doskwierają mu zachwiania równowagi, dlatego do ławy Leszek B. przedostał się o tzw. balkoniku. Z trudem stał, odpytywany przez sędziów – przewodniczącego Jerzego Hławiczkę oraz Andrzeja Klimowicza, którzy potem pozwolili mu siedzieć podczas składania wyjaśnień.
Prokurator Bartłomiej Bernatowicz odczytał akt oskarżenia, na mocy którego zarzucono Leszkowi B. zbrodnię zabójstwa w ten sposób, że 2 czerwca 2025 roku pozbawił życia Wisławę M. zadając jej 24 ciosy nożem, przeważnie w rejonie tułowia. Spowodował tym samym jej wykrwawienie i śmierć.
– Nie przyznaję się do popełnienia czynu. Nie pamiętam tego czynu – stwierdził zapytany o całe zdarzenie oskarżony Leszek B. Dopytywany, powoli, nieco przyciszonym głosem mówił: – Bardzo żałuję, ale tego nie pamiętam. Chodziłem w takim amoku. Dogadywała mi, wyzywała mnie od psychola. Nękała mnie przez 2 tygodnie, bo nie chciałem z nią jechać na wczasy na Wielkanoc. Zasłaniałem się tym, że jeżdżę taksówką, miałem dużo pasażerów, Amerykanów, z którymi jeździłem na lotnisko i do Powidza i nie chciałem tego stracić.
Tyle wersja Leszka B. Jak twierdzi, jego druga żona miała problemy z alkoholem – gościł on na stole w różnym czasie, co mu się nie podobało. Zarzekał się, że on sam jest w tej kwestii czysty, gdyż sam nie pije bo jest kierowcą. Tu już zdania świadków potem były rozbieżne.
– Bardzo kochałem moją żonę. Nigdy jej złego słowa nie powiedziałem. Nigdy jej nie popchnąłem nawet palcem. Bardzo ją szanowałem. To, co chciała, to miała, nocki spędzałem, żeby w domu było jak najlepiej – mówił Leszek B. – Miałem problemy z żoną, ale nikomu się nie żaliłem – stwierdził oskarżony.
Leszek B. nadmienił, że Wisława M. narzekała na swoją pracę, że była dla niej zbyt uciążliwa. Miał jej kupować tabletki na ból głowy, bo czuła się przez nią zbyt obciążona i zastanawiała się, czy już nie przejść na emeryturę.
Samochód i pieniądze
Jego syn z pierwszego związku sprowadził auto ze Stanów Zjednoczonych. Podobno miało zostać upatrzone przez Wisławę. Skąd pieniądze na taki wydatek? Leszek B. stwierdził, że nie wypłacał nic z konta, odkąd był na emeryturze. Córka Wisławy stwierdziła potem, że jej matka przelała część swoich pieniędzy na jego konto, aby wystarczyło środków. Potem kasa trafiła do syna Marcina B., który zamawiał pojazd.
Tymczasem po sprowadzeniu auta, nie zostało ono zarejestrowane na Wisławę, tylko Leszka B. i Marcina B. To ją miało zezłościć: – Niechciała jechać ze mną na działkę. „Jedź se sam” – mówiła. W wolnych dniach zawsze popijała. Mówiłem jej, by nie piła, bo się wykończy. Tak działała na mnie psychicznie, że nie wiedziałem, gdzie idę. Miała przestać robić obiady oraz pranie. To były ostatnie miesiące-tygodnie przed zbrodnią. Było cieplej, to spał na działce lub w garażu w taksówce.
Co się stało feralnego dnia, tj. 2 czerwca 2025 roku? Nic nie pamięta. – Jak szedłem po schodach, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie mogłem trafić do domu, taki byłem zmęczony. Nie wiem czy mi się coś odkleiło w głowie. Poszedłem do góry, spotkałem sąsiada, ten mi powiedział, że mieszkam niżej – mówił. A potem? – Nie wiem, co się stało. Kontakt odzyskałem jak się znalazłem tu w szpitalu w więzieniu. Lekarz mi się pytał, czy ja wiem, gdzie jestem. Nie wiem ile to było godzin ani dni. Jakiś zanik dostałem, nie wiem co mi się stało.
Dopytywany o alkohol stwierdził: – Cały czas jeździłem samochodem, nigdy nie piłem. Jeździłem z poważnymi ludźmi, na telefony, więc jak ja bym mógł coś kombinować. Jeździłem 18 lat na taksówce – mówił Leszek B.
Znowu ten alkohol
Jako pierwszy ze świadków zeznawała córka Wisławy i Leszka. Jak powiedziała wprost – to właśnie sprowadzone auto było przyczyną kłótni i potem eskalacji całego konfliktu. Miała ona też zupełnie inne spojrzenie na charakter ojca i jego „procentowe” upodobania: – Nadużywał alkoholu, miał ciągi alkoholowe i wtedy był agresywny. Kiedyś była wezwana policja i miał założoną niebieską kartę, bo uderzył mamę i został wywieziony na izbę wytrzeźwień. To było z 8 lat temu. Jak byli trzeźwi, w tym Leszek też, to się zgadzali i byli zgodni tak przez 30 lat, a piekło zaczęło się od tego samochodu – powiedziała. Nadmieniła, że Wisławie również zdarzało się wypić alkoholu, jednak była wtedy łagodna.
Ostatni raz rozmawiała z matką 1 czerwca przez telefon. – Od środy poprzedzającej ten dzień, mama się stresowała, ponieważ to był czas, kiedy Leszek miał ciąg alkoholowy i pił od rana do wieczora, a jednego dnia nie miał siły dojść do domu i spał w samochodzie, a tak to przyprowadzał go kolega, z którym pił. Mówiła, że jest bardzo agresywny, że się odgraża, że jak nie zacznie mu z powrotem gotować i prać, to stanie się coś niedobrego. Bała się tego – mówiła córka. Leszek B. jednak po każdej awanturze miał się kłaść spać.
Eskalacja konfliktu była systematyczna, czego dowodem stał się pozew rozwodowy, złożony 5 maja, niecały miesiąc przed morderstwem – tak twierdzi córka. – Powiedziała, że takiego życia, jakie jej zafundował od czasu tego samochodu, to sobie nie wyobraża i dlatego chciała się rozwieźć – mówiła.
Potem, jak przy każdym świadku, padały serie pytań od prokuratora oraz pełnomocników stron – adw. Magdaleny Światowy-Łuczak w imieniu pokrzywdzonej oraz obrońcy oskarżonego adw. Radosława Szczepaniaka.
– On na taksówce zarabiał sporadycznie, weekendowo, czasem miał Amerykanów, a potem praktycznie wcale. Auta potem już nie wyciągał z garażu, było w nim brudno, było pełno butelek i puszek – stwierdziła córka, nadmieniając, że małżeństwo żyło z pieniędzy Wisławy, a Leszek B. nawet nie umiał obsłużyć swojego konta.
Co jej zdaniem było tłem całej sprawy? – Moja mama nie zgadzała się z tym, że auto jest na Leszka, bo potem on twierdził, że będzie zarejestrowany na niego i na syna. To byłoby absurdem dla mojej mamy. Pierwotnie auto miało być na nią. Mama mówiła, że chce, by był zarejestrowany na nią. Początkowo, dopóki Marcin w to nie zaingerował, to nic się nie działo. Wcześniej, przez 30 lat, mieli żyć w zgodzie, choć w tle tego majątku, poza samochodem, są jeszcze jakieś kwestie związane z działkami i garażami.
„Zawsze było mało”
W dalszej kolejności zeznawała strona z rodziny B., przy czym istotne pozostają tylko pojedyncze kwestie poza istotnymi szczegółami. Żona Marcina B. utrzymywała, że posiadali częsty kontakt z jego ojcem, odwiedzał ich. – Teść ogólnie mało mówił o sobie. Kiedy pytaliśmy, co się dzieje, bo widzieliśmy, że może podupada, to mówił, że nie układa mu się z panią Wisławą. Z tego, co opowiadał, to najczęstszym konfliktem były pieniądze. Teść dobrze zarabiał, ale z tego co zawsze mówił, to zawsze było mało pani Wisławie – powiedziała.
Twierdzi, że Leszek B. nie miał problemu z alkoholem. Zdarzyło się, że pił, ale nie nadużywał. – Kiedy było źle, to czasem coś powiedział, że się kłócili. Nic też nie wie o jakiejś przemocy stosowanej przez Leszka B. wobec Wisławy.
Potem zeznawała pierwsza żona Leszka B. – Kiedy było coś nie tak pomiędzy nim a jego żoną, to przychodził i żalił się u córki w domu. Także przy mnie się żalił. Na to, że jego obecna żona wyrzuca go z domu, że po tylu latach nie ma swego miejsca, a chciałby mieć swoje łóżko, poduszkę. Żalił się, że robi awantury, nadużywa alkoholu. Cały czas chodziło tylko o pieniądze – stwierdziła. Ostatni raz rozmawiała z nim 2 czerwca. W tym czasie przebywała w Malezji, kiedy do niej zadzwonił wraz z wideo na WhatsApp. Miał wyglądać źle.
Zakrwawione ubrania
Potem zeznawał syn, Marcin B., który wspominał 2 czerwca 2025 roku. – Zadzwoniła do mnie siostra, czy mogę do niej podjechać, bo tata do niej dzwonił. Siostra powiedziała, że coś się stało. Nie powiedział. Pojechałem po siostrę i pojechaliśmy do garażu. Tam zastałem tatę leżącego w samochodzie. Miał fotel rozłożony i leżał. Pytaliśmy, co się stało, tata nie odpowiadał tak jakby nie było kontaktu z nim. Namawiałem go, abyśmy pojechali do niego na działkę. Wziąłem go do mojego samochodu. Mieszkał już z tydzień w tym garażu – wspominał.
Na działce Leszek B. miał się przebrać w robocze ubrania, usiąść i napić się alkoholu z karafki znajdującej się na kominku. Co chwilę powtarzał, że chce jechać na komendę, ale nie powiedział dlaczego. Marcin B., jak utrzymywał, nie dowiedział się jaki był powód zachowania ojca. Zawiózł go więc do jednostki przy ul. Jana Pawła II w Gnieźnie.
– Jak weszliśmy na komendę to tata tam zemdlał. Przyjechało pogotowie, tatę zabrało do szpitala. Przyszli policjanci i zapytali, po co przyjechaliśmy, to powiedziałem, że tata powiedział, żebyśmy przyjechali, bo coś się stało – opowiadał.
Potem już wszystko miało się potoczyć swoim trybem – ujawnienie zwłok, miejsce zbrodni, poszukiwania narzędzia i pierwsze przesłuchania.
– Tata był skarbonką do zarabiania pieniędzy – stwierdził o relacji Leszka i Wisławy: – Często wyjeżdżali na wakacje, myślałem, że są szczęśliwi. Tata często po wakacjach przyjeżdżał i mówił, że każde wakacje kończyły się tak, że ona się upijała, potem nie chciał z nią jeździć.
Później zeznawała także wspomniana córka B., która razem z bratem była w garażu. – Tata chodził bardzo smutny, ale nie potrafi powiedzieć od jakiego czasu. Mówił, że nie dogaduje się z żoną.
Nieco niespójności w powyższych zeznaniach rzuciły słowa kolejnego ze świadków – męża córki z drugiego małżeństwa. Jak stwierdził, był na działce podczas jej przeszukania, by zabezpieczyć obecne tam psy. Widział ubranie, które Leszek B. miał zdjąć z siebie, by się przebrać. Było zakrwawione – tak, że nie sposób było tego nie zauważyć wcześniej, kiedy oskarżony jechał z garażu ze swoim synem i córką na działkę. Kwestia ta nie zostaje do wyjaśnienia, bo niewiele zmienia, ale wymaga rozważenia przez sędziów pod kątem otrzymanych już zeznań świadków.
Postępowanie jednak nie zakończyło się tego dnia. Na potrzeby procesu wezwani mają zostać biegli, którzy omówią stan zdrowia psychicznego oskarżonego. Leszkowi B. grozi od 10 lat więzienia do dożywotniego pozbawienia wolności.
#Tagi
W związku z dbałością o poziom komentarzy prowadzona jest ich moderacja. Wpisy mogące naruszać czyjeś dobra osobiste lub podstawowe zasady netykiety (np. pisanie WIELKIMI LITERAMI), nie będą publikowane. Wszelkie uwagi do redakcji należy kierować w formie mailowej. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.
















