|  Rafał Wichniewicz  |  Zostaw komentarz

Kiedy „człowiek-mucha” odwiedził Gniezno

Człowiek mucha
Feliks Nazarewicz wspina się po budynku w Krakowie, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zapewne ani wcześniej, ani później w historii Gniezna nie było takiego wydarzenia, które swoją formą zainteresowało tylu mieszkańców, co wizyta Feliksa Nazarewicza – znanego w kraju jako „człowiek-mucha”.

Była wrześniowa sobota 1931 roku, kiedy przy ul. św. Wawrzyńca, Bednarskim Rynku i na całym targowisku zgromadził się tłum gnieźnian. Wszyscy oczekiwali na wydarzenie z udziałem osoby, o której do tej pory mieli okazję tylko przeczytać w prasie lub zobaczyć zdjęcia w ilustrowanych tygodnikach. Każdy spekulował – wejdzie, czy nie wejdzie? Którędy wybierze drogę? Czy będzie się zabezpieczał linami? A może nawet… spadnie? Kiedy ten tylko odbił się od ziemi i zaczął wchodzić po ścianie, wszyscy zaparli dech…

* * *

Ludzie od zawsze są skłonni do wrażeń. Jedni chcą je dawać, a inni być tylko obserwatorami wyczynów pozostałych. Zmagania sportowe, koncerty, spektakle, dzieła sztuki – to wszystko wykreowano na przestrzeni wieków właśnie po to, by pobudzać różne zakamarki ludzkiego umysłu i wzniecać emocje, nawet te głęboko skrywane. W dziejach ludzkiego gatunku pojawiali się jednak i tacy, którzy decydowali się sięgać jeszcze wyżej i wyżej. Dosłownie. Wspinacze górscy, alpiniści, zdobywcy szczytów. Czy do nich należeli ci, których przed wojną przyjęło się określać „człowiekiem-muchą” lub „człowiekiem-pająkiem”? W jakimś sensie tak.

Dziś do takich wyczynów można być przyzwyczajonym, gdyż wchodzenie po gzymsach budynków, nawet wysokościowych, nie należy do czegoś wyjątkowego, a internet jest pełen filmików nagranych z perspektywy pierwszej osoby. Wciąż jednak taki wyczyn budzi emocje, często skrajne. Właśnie świadkami takiego wydarzenia 90 lat temu byli gnieźnianie.

* * *

W sobotę 19 września 1931 roku w gnieźnieńskim dzienniku „Lech” opublikowana została notatka, zapowiadająca wyjątkowe wydarzenie zaplanowane jeszcze tego samego dnia. W dzisiejszą sobotę przyjeżdża do Gniezna znany ze swoich występów w całym kraju polski akrobata „człowiek-mucha”, który przy świetle reflektorów, bez jakichkolwiek przyrządów będzie się wspinał po prostopadłej ścianie 3-piętrowej kamienicy przy ul. św. Wawrzyńca 30 (dom narożnikowy przy Bednarskim Rynku) i wykona szereg emocjonujących ewolucyj na drabinie i trapezie, spuszczonych z dachu, by w końcu tąsamą drogą powrócić na ziemię. Taka zapowiedź wydarzenia nie mogła ujść oczu czytelników, a zresztą nawet nie tylko ich. O planowanym wydarzeniu uprzednio powiadomiono także policję oraz straż pożarną, ale nie było nawet specjalnie mowy o tym, by ktoś kogoś powstrzymywał od wykonania tego pomysłu. Tak jak obecnie śmiałkowie muszą zazwyczaj wspinać się po budynkach, omijając wcześniej ochronę, tak wówczas również służby wykazywały większe zainteresowanie samym wyczynem, aniżeli bezpieczeństwem śmiałka. Mimo to niezbędną zgodę wyrażono, gdyż jegomość był już sławny w całym kraju.


Feliks Nazarewicz na szczycie jednego z krakowskich budynków. 1928 rok. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Kim był ów „człowiek-mucha”? To Feliks Nazarewicz (sam też często przedstawiał się jako Szczęsny Nazarewicz), urodzony w 1905 roku znany krakowski akrobata. Na pomysł tej formy działalności rozrywkowej wpadł po pożarze, do jakiego doszło w stolicy Małopolski w 1928 roku, gdzie jako jedyny udanie wspiął się po ścianie jednego z budynków i uratował strażaków z opresji. Zdolności, o których do tej pory najpewniej nie wiedział, zdecydował przekuć w swój sukces. Tym bardziej, że na „akrobatycznym rynku” pojawiła się nisza – w tym samym roku we Lwowie zginął po upadku z dużej wysokości Stefan Poliński, najbardziej znany w Rzeczpospolitej „budynkowy wspinacz”. Nazarewicz zaczął więc wspinać się po kamienicach, kościołach, urzędach, szkołach, wieżach i wszędzie tam, gdzie nikt nie odważyłby się zajrzeć bez rusztowania czy lin. 

Jego działalność akrobatyczna okazała się strzałem w dziesiątkę, bowiem za każdym razem popisy w dużych polskich miastach obserwowały tłumy mieszkańców. Było to wspinanie się po gzymsie, akrobacje na krawędzi czy przechodzenie po linie między budynkami. Odbywał także trasy występowe po Europie, ale z czasem zaczął zaglądać także do mniejszych polskich miast.

Do Gniezna przybył właśnie 19 września 1931 roku po swojej wizycie w Inowrocławiu. Jego sława była już wówczas nieco nadwyrężona, bowiem prasa co chwilę donosiła, że Nazarewicz nie zawsze wykazywał się taką odwagą, często korzystając z lin i siatek zabezpieczających lub czasem nawet unikając pewnych zapowiedzianych wcześniej wyczynów. Tak było w Poznaniu w 1929 roku podczas Powszechnej Wystawy Krajowej, gdzie nie wykonał skoku na siatkę, a przez co tłum chciał niemal zlinczować akrobatę. Tak ludzie byli żądni emocji!

Choć w ogłoszeniu zamieszczonym w „Lechu” nie znalazła się informacja o godzinie wydarzenia, to jednak w sobotnich godzinach wieczornych przy targowisku zaczął się gromadzić tłum mieszkańców. Zapowiedź tych niewidzianych u nas dotąd popisów wywołała w mieście ogromne zainteresowanie, tak też już od godziny 6 wieczorem poczęły się gromadzić na ulicy św. Wawrzyńca i Targowisku liczne rzesze publiczności, które w miarę zbliżania się oznaczonej godziny coraz więcej wzrastały. Około godziny 7 zalegały ulicę i plac tysiączne rzesze publiczności, oczekującej ze zrozumiałą niecierpliwością chwili rozpoczęcia emocjonujących popisów – opisywał dziennik. Jak dodawano, aby zabić ciszę panującą na placu, wydarzenie poprzedził koncert orkiestry, a następnie do wszystkich przemówił sam Feliks Nazarewicz. Opowiedział on o swojej działalności i początkach kariery, po czym zniknął na kilka chwil. 

 
Feliks Nazarewicz wspina się po jednym z budynków w Krakowie. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Po długich wreszcie oczekiwaniach ukazał się na ulicy, odziany w czarne trykoty z trupią głową na piersiach, człowiek-mucha i po zwieszającej z dachu lince wspiął się szybko na gzyms pierwszego piętra, a stąd po wystających z muru kwadratach, trzymając się jednak zawsze linki, na wysokość drugiego piętra – relacjonował cały występ „Lech”, dodając dalej iż w tym momencie wszyscy wstrzymali oddech, bowiem przed nim było do pokonania jeszcze trudniejszy odcinek – dużego, mocno wystającego od ściany gzymsu. Wystarczy sobie wyobrazić twarze obserwujących, wszystkie zadarte ku górze, które oniemiałe obserwowały cały ten spektakl. Z tego wszystkiego zostali nagle sprowadzeni na ziemię – i to dosłownie! (…) ku niemałemu zdziwieniu widowni człowiek-mucha w pewnej chwili przerwał swoją wędrówkę po ścianie, tłumacząc to zmęczeniem spowodowanem 5-krotnemi występami w ciągu tygodnia a zwłaszcza piątkowym występem w Inowrocławiu. 

Nazarewicz zszedł z budynku i wszedłszy do środka, schodami wbiegł na samą górę – na czwarte piętro. Tam, wyszedłszy z okna na zawieszoną na ścianie drabinę, zaczął wykonywać różne ewolucje. 

Rozczarowanie publiczności zaczęło rosnąć. Co prawda nie chroniła go w razie upadku żadna siatka, ale za to przy trudniejszych produkcjach miał ręce obwiązane pasem ochronnym, tak że jakikolwiek wypadek był prawie wykluczony. Mimo to wyczyny „człowieka-muchy” spotkały się z ogromnymi oklaskami publiczności.

Na tym występ został zakończony, aczkolwiek dziennik relacjonował iż mimo i tak wyjątkowej odwagi akrobaty, sporo ludzi było zawiedzionych. Wbrew bowiem zapowiedzi człowiek-mucha nie tylko nie zdołał wspiąć się na szczyt domu, lecz przytem posiłkował się wbrew zapowiedzi w dużej mierze linkami, gdy zaś przyszło do wykazania istotnych swych zdolności nie uczynił tego, tłumaczyć się rzekomem zmęczeniem. 

Prasa wskazała jednak coś innego – zmysł biznesowy Nazarewicza. Podczas oczekiwania na jego występ, a także później podczas już samych akrobacji, wśród obecnych rozprowadzano za drobną opłatą pocztówki z jego podobizną. Warto jednak dodać, że 40% dochodu miało zostać przeznaczone na straż pożarną, która mu pomagała w organizacji wydarzenia. 

* * *

O występie „człowieka-muchy” w Gnieźnie dziś już nikt nie pamięta, ani nie ma nawet żadnych zdjęć z tego wydarzenia (kto wie, może gdzieś w domowym archiwum zachowała się jakaś pamiątka?). Najpewniej, gdyby Nazarewicz w Gnieźnie przypadkowo podzielił los Polińskiego, historia ta zostałaby inaczej zanotowana w społecznej świadomości.

Widząc cały występ na budynku przy ul. św. Wawrzyńca, do historii zdecydował się przejść także niejaki Julian Hennig. Ten, jak to opisano w gazecie, „znany na gruncie miejscowym” obywatel, (być może nawet trochę rozochocony czymś jeszcze), postanowił pokazać iż też potrafi być „muchą” jak Nazarewicz. I rzeczywiście – wspiąwszy się po linie na gzyms pierwszego piętra, przeszedł się po nim z taką cudowną łatwością, że wprowadził wszystkich wprost w osłupienie, temwięcej, że wyczynu swego dokonał w „spacerowym” swym stroju a nie w trykotach i nie udawał że chodzenie po wygodnym gzymsie jest rzeczą tak trudną”. Śmiałek, który być może chciał w ten sposób podważyć dokonania Nazarewicza, nie zdecydował się na dalszą wspinaczkę, za to dość szybko sprowadzony na ziemię, został zatrzymany przez policjantów. 

* * *

Jakie były dalsze losy Feliksa Nazarewicza? Ostatnie jego występy akrobatyczne na budynkach miały miejsce w drugiej połowie lat 30. Jak podaje dr Arkadiusz Więch z Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego podczas audycji w Radiu Kraków, akrobata przeżył okupację niemiecką. Został rozpoznany w 1946 roku przez jednego z redaktorów „Przekroju”, który spotkał go w Międzyzdrojach. Jego postura się zmieniła – przytył, nie przypominał szczupłego śmiałka, znanego wszystkim w okresie międzywojennym. Dodatkowo miał się zawodowo trudnić… astrologią i układaniem horoskopów. Zmarł w 1967 roku i został pochowany w Krakowie. 

#Tagi

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments



© Gniezno24. All rights reserved. Powered by Libermedia.