|  Rafał Wichniewicz  |  Zostaw komentarz

„Przyzwoicie ubrany”. Tajemniczy morderca zaatakował pod Gnieznem

Mimo iż od tej historii minęło wiele lat, a wśród współczesnych nikt o niej nie pamięta, to opis tragedii, jaka rozegrała się na przedmieściach Gniezna, nawet i dziś może przerażać – nieznany sprawca zamordował w sumie trzy osoby.

Winiary, Róża, Skrzynka, Piaski – z nazw tych czterech wsi, większości gnieźnian znane są przede wszystkim te pierwsze. O ile Winiary oraz Róża to dzisiejsze osiedla, o tyle Skrzynkę i Piaski trudno ulokować na współczesnej mapie miasta. Zostały one z planów wykreślone dawno temu, aczkolwiek wielu starszych wiekiem wciąż ma w pamięci przede wszystkim dawne Piaski, zwane także „Piachami”.

Gdyby dziś dopasować nazwy Piaski i Skrzynkę do współczesnej zabudowy Gniezna, należało by ich szukać właśnie w okolicy dwóch pozostałych osiedli – Róży i Winiar.

Piaski to wieś, która istniała wzdłuż drogi do Trzemeszna – dziś byłyby to okolice od ul. Żwirki i Wigury, w stronę Paczkowskiego, Libelta i Staszica. Nieco trudniej jest zlokalizować na mapie wieś Skrzynka, która zniknęła z map jeszcze w XIX wieku. Gdyby jej szukać w terenie, byłoby to gdzieś nad Różą, bliżej Winiar – niedaleko Jeziora Koszyk, a zachodnimi granicami dochodziła do Jeziora Winiarskiego.


Mapa okolic Gniezna wykonana w 1830 roku przez Davida Gilly’ego (Special Karte von Südpreussen), na których widać zaznaczone dodatkowo wsie: Winiary, Skrzynka, Róża oraz Piaski. Ich ułożenie przestrzenne jest nieco nierównomiernie, zapewne z uwagi na niedokładność pomiarów. Warto zwrócić także uwagę iż Kawiary (Kawiory) położone są znacznie bliżej miasta, niż ma to miejsce obecnie.


Wieś Róża pod koniec XIX wieku – widoczny mały zbiornik wodny po lewej to Jezioro Koszyk, a po lewej u dołu – wschodni kraniec Jeziora Winiary. 

W zasadzie w tej historii powyższe wiadomości być może nie są istotne, ale stanowią pewną ciekawostkę. Wydarzenia, o których mówimy, rozegrały się bowiem w Róży w 1886 roku, a blady strach padł na mieszkańców nie tylko pozostałych wsi, ale także i całego ówczesnego Gniezna.

„Lekcja” rąbania drewna

Do leżącej około dwa kilometry od Gniezna wsi Róża prowadziło kilka dróg. Jedna, od północy, docierała właśnie od strony wsi Skrzynka i żwirówki prowadzącej do Strzyżewa Kościelnego (dzisiejsza ul. Orcholska). Druga dochodziła od Gniezna, mijając po południowej stronie Piaski – jej szlakiem przebiega częściowo dzisiejsza ul. Chudoby, a dalej ul. Spokojna. Trzecia droga prowadziła bezpośrednio z Piasków, a kolejne już od strony Jankówka (obecnie ul. Rycerska) czy Wełnicy. Być może też były i inne, wijące się gdzieś między polami…

Właśnie jedną z tych dróg, do gospodarstwa Antoniego Orłowskiego położonego w Róży, przyszedł nieznany jegomość. Był poniedziałek 14 czerwca 1886 roku, po godzinie 11, a być może już nawet około południa.

Mężczyzna, który pojawił się na podwórzu, był ubrany, jak to określono, „przyzwoicie” – na tamte czasy musiało oznaczać, że jego wygląd nie wzbudzał żadnych uwag. Być może właśnie to sprawiło, że jego pojawienie się w obejściu zostało przyjęte z otwartością. Takie osoby często pojawiały się we wsiach, zwłaszcza tych położonych na obrzeżach większych miast. Niektórzy z nich byli sezonowymi robotnikami, szukającymi zatrudnienia na czas żniw, a w innych przypadkach pojawiali się wędrowni handlarze lub po prostu włóczędzy, wędrujący za strawą i noclegiem w stodole. Każdy z nich miał swoje różne cechy, ale ów jegomość, który pojawił się na Róży tamtego dnia, jak już wspomniano, był chyba charakterystyczny. Jak go później opisano, większość przedmiotów i ubioru, które miał na i przy sobie, były czarnego koloru. Mimo to budził zaufanie.

Osiedle Róża współcześnie – w oddali widać ścisłą zabudowę Gniezna.

– Czy gospodarz jest może w domu? – mniej więcej o to zapytał ów gość dziewczynę stojącą przed domostwem. Była to Barbara Tubacka, 18-letnia dziewczyna zatrudniona jako służąca, która akurat w chwili pojawienia się mężczyzny rąbała siekierą drewno. Jej odpowiedź brzmiała mniej więcej: – Nie ma go, poszedł do miasta, ale w domu jest pani.

Dziś już nie wiemy, czy ów mężczyzna działał pod jakimś konkretnym pretekstem. Niemniej, słysząc taką odpowiedź stwierdził, że wobec tego chciałby się zobaczyć z żoną gospodarza. Młoda kobieta wskazała mu drogę do izby i wróciła do swoich czynności. Gość, zaprezentowawszy się żonie gospodarza, Józefie Orłowskiej, 55-letniej połowicy Antoniego, poprosił ją o strawę.

– W chwili kiedy pani Orłowska chciała spełnić dobroczynności obowiązek, nieznany przybysz wysunął się z izby, stanął przed domem i pod pozorem, że chce pokazać, jak się drzewo rąbie, wziął z ręki dziewczyny siekierę i silnem uderzeniem w głowę powalił ofiarę na ziemię. Poczem zbrodniarz pospieszył do domu, zabił 12-letniego chłopca do posługi, wyciągnął z szafy panią Orłowską, dokąd się pospiesznie schroniła i rostrzaskał jej czaszkę siekierą. Przejrzawszy następnie wszelkie szafy i sprzęty, łotr zbiegł w kierunku Trzemeszna – pisał Dziennik Poznański.


Wpis w księdze zgonów parafii pw. św. Michała Archanioła informujący o śmierci Józefy Orłowskiej, o której doniósł jej mąż Antoni. Jak zanotowano, została „zabita tasakiem przez nieznanego złoczyńcę”. Po prawej podano także „Zbójca zabił także chłopca i zranił ciężko służącą i uciekł”. Źródło: Archiwum Archidiecezjalne w Gnieźnie.

Trwoga

Okrutna zbrodnia wyszła na jaw zapewne godzinę lub półtorej po zdarzeniu. Nie wiemy, kto dokonał makabrycznego odkrycia – być może sam Antoni Orłowski, kiedy wrócił do domu, a być może służąca, która przeżyła napaść, doczołgała się do innego gospodarstwa z prośbą o pomoc. Dość dodać, że zdołano jeszcze udać się do Gniezna i sprowadzić na miejsce lekarza, który dotarł około godziny 14 i jedynie stwierdził zgon Józefy Orłowskiej. 

Tu pojawia się nieścisłość. Dzienniki bowiem donoszą, że wraz z gospodynią zginął liczący 12 lat chłopiec. W księgach parafialnych jednak jego zgon nie został w tym czasie zanotowany, ale dopiero kilka tygodni później – był to Józef Kaźmierczak, syn Andrzeja i Anny, który zszedł z tego świata w szpitalu św. Jana (dzisiejszy budynek Komendy Powiatowej Policji w Gnieźnie). Nastąpiło to dopiero 9 lipca 1886 roku. Tego samego dnia odnotowano także zgon służącej Barbary Tubackiej: – Pogrzeb ich odbył się we wtorek dnia 13go z wielką okazałością i powagą. Przed trumnami obwieszonemi wieńcami i kwiatami postępowało 5 duchownych, których poprzedzały chorągwie wszystkich cechów miasta. W pogrzebie brał udział tłum ludu kilkotysięczny, wśród którego jedno tylko zadawano sobie pytanie, kto też może być sprawcą popełnionej zbrodni, kiedy się ona wykryje i czy zbrodniarza dosięgnie ramię sprawiedliwości ludzkiej? – pytał retorycznie sprawozdawca Gońca Wielkopolskiego.

Barbara Tubacka, której morderca również rozbił czaszkę i przez te kilka tygodni znajdowała się w ciężkim stanie, była jeszcze na tyle przytomna po zbrodni, by w pierwszych godzinach po zdarzeniu zeznać, jak przebiegał cały dramat. Opisała także samego zbrodniarza: – Zabójca był ubrany przyzwoicie, miał na sobie czarny surdut, okrągły kapelusz i czarny parasol, u którego rękojeści było kółko z drzewa. Wzrostu był średniego, o kształtach chudych z małym ciemnym wąsem – pisano w Dzienniku Poznańskim.


Jedna z kapliczek, stojących na terenie os. Róża, przy ul. Zamiejskiej. Została postawiona później, niż opisywane tu zdarzenia.

Sprawą morderstwa, które w ostatecznym rozrachunku pochłonęło trzy ofiary, pruscy śledczy zajęli się od razu. Nie wiemy nic o dokładnych działaniach, jakie podjęto w pierwszych godzinach po zbrodni, jednak przypuszczać należy iż „w terenie” sprawcy nie znaleziono. Śledztwo było jednak dynamiczne i przepytywano mieszkańców nie tylko Róży, ale i pobliskich wsi – Piasków, Winiar czy Skrzynki: – Wczoraj prokuratorya ogłosiła plakatami, aby tym sposobem wpaść na pewne ślady. Główne podejrzenie pada na pewnego rzemieślnika, który dnia 14 bm. przed południem żebrał w wsiach Winiary i Skrzynce. Liczy on mniej więcej lat 40, jest wzrostu średniego o kształtach szczupłych i wątłych, o cerze bladej i także ma wąs czarny. Ubrany był w czarny surdut, ciemne spodnie, czarny okrągły kapelusz i również miał parasol czarny.

Wkrótce też śledczy ustalili, że ów mężczyzna, po dokonaniu morderstwa, oddalił się w kierunku szosy trzemeszeńskiej, prawdopodobnie w rejon Jankówka. Niedługo potem ktoś inny doniósł, że tego samego dnia około godziny 18 widziano w okolicach Kędzierzyna mężczyznę, który pasował do tego opisu.
Zatrzymania i zwolnienia

Dzień po tej masakrze w Róży, a więc we wtorek 15 czerwca, wydano list gończy za sprawcą – został on rozesłany do wszystkich komend policji w całych ówczesnych Niemczech.

W toku trwającego postępowania ustalono w kolejnych dniach, że przypuszczalnie sprawcą mógł być niejaki Stefan Wiśniewski z zawodu murarz, który miał się także przedstawiać nazwiskiem Nowakowski: – Wiśniewski, wydalony z Niemiec w moc rozporządzenia banicyjnego, aż do ostatnich czasów tułał się w okolicy Gniezna jako handlarz obrazów i nosił podobno takie samo odzienie, jakie podług zeznań służącej miał na sobie morderca poszukiwany – informował kilka dni później Dziennik Poznański, który w tym samym numerze dodawał także inną rewelację w tej sprawie: – Krawiec Mazurowicz, o którym dzienniki niemieckie jako o sprawcy morderstwa w Róży pod Gnieznem się rozpisywały, a którego policya na podstawie niesłusznych przypuszczeń aresztowała, został puszczony na wolność, gdy śledztwo zarządzone jego niewinność wykazało. 

Wkrótce musiało się zapewne okazać, że także Stefan Wiśniewski nie miał nic wspólnego z tą sprawą. Ogólnie informowanie o postępach w śledztwie w tamtym czasie było traktowane przez ówczesnych dziennikarzy trochę po macoszemu – czasem zamieszczano informację, że kogoś złapano, ale nie informowano później, czy zostało coś udowodnione, czy jednak podejrzanego zwolniono. Czasem też zamieszczano notatkę, że kogoś wypuszczono z aresztu, choć wcześniej nie powiadamiano o jego zatrzymaniu. Dlaczego tak się działo? Trudno dziś stwierdzić.


Dawna brama do nieistniejącego już gospodarstwa przy ul. Zamiejskiej na os. Róża. Nie wiadomo, gdzie dokładnie zamieszkiwał gospodarz Orłowski, ale prawdopodobnie było to w środku samej wsi.

Brak nowych informacji oraz dowodów w sprawie spowodował, że policja stanęła w martwym punkcie. Co prawda weryfikowano kolejne wiadomości spływające do funkcjonariuszy, jednak nie dawały one przełomu w śledztwie. Tymczasem czas uciekał i działał wyjątkowo na niekorzyść śledczych. Dlatego 25 czerwca ogłoszono nagrodę za pomoc w wykryciu sprawcy morderstwa – aż 300 marek.

Informacje o zatrzymywanych następnych podejrzanych pojawiały się kolejno. W połowie lipca we Wrześni zatrzymano Henricha Mausa, kamieniarza pochodzącego z Trzemeszna, który miał się przyznać żandarmowi do popełnienia zbrodni. Doprowadzony potem do prokuratury i przesłuchany w obecności śledczych ostatecznie wyparł się jakichkolwiek związków z tą zbrodnią. Kolejnym zatrzymanym był niejaki Henryk Pinnow, któremu również nic nie udowodniono.

W połowie sierpnia 1886 roku ze wsi Zduny niedaleko Krotoszyna nadeszły kolejne rewelacje. W jednej z oberż doszło do kłótni pomiędzy dwoma wędrownymi rzemieślnikami. W pewnym momencie jeden pogroził drugiemu wypowiedzeniem tego co tenże w Gnieźnie zrobił. Na to ów uciekł z lokalu, jednak powiadomiona przez oberżystę policja zatrzymała go i doprowadziła do Gniezna. Dalej w tej sprawie prasa milczy, przez co należy uznać, że winy nie udowodniono.


Jeden ze starszych budynków na os. Róża. Czy pamięta wydarzenia z 1886 roku…?

Cisza

Zapadła cisza, którą przerwała informacja opublikowana rok później – w sierpniu 1887 roku: – W sprawie morderstwa w Róży donoszą z Gniezna, że w dniu 8 b.m. wieczorem poznański konstabler przywiózł do tamecznego więzienia podejrzanego o popełnienie owej zbrodni. Donoszą dalej, że mąż zamordowanej był w porozumieniu z zbrodniarzem i takowemu obiecał i dał 100 talarów za wykonanie zbrodni. Czy tak faktycznie było?

Posener Zeitung w tym samym czasie podał, że Antoni Orłowski, będąc w zmowie z prawdziwym zbrodniarzem, po wszystkim miał sprzedać gospodarstwo i uciec do Ameryki. Informację tę powielił także Wielkopolanin, który wkrótce musiał zamieścić sprostowanie: Mąż zamordowanej gospodyni Antoni Orłowski, o którym donoszono, iż miał być wspólnikiem zbrodni, jako wolny obywatel i w całym spokoju jest codziennie widziany przez mieszkańców miasta Gniezna i zarządza dotąd osobiście w gospodarstwie w Róży pod Gnieznem.

Milczenie w sprawie przerwano raz jeszcze przeszło cztery lata po zbrodni – w sierpniu 1890 roku. Wówczas to informowano, że podejrzany o udział w morderstwie robotnik (nieznanego nazwiska) został wypuszczony na wolność.

W kolejnych latach prasa o tej sprawie już nie pisała. Nie ma informacji o zatrzymaniach czy w ogóle jakichkolwiek postępach w śledztwie. Do innych spraw wracano sporadycznie nawet i dziesięć lat po zdarzeniach, dlatego należy przypuszczać, że po prostu zagadki nie rozwiązano, a po latach o niej zapomniano…


Morderca po dokonaniu zbrodni uciekł drogą polną, prowadzącą w kierunku szosy wiodącej na Trzemeszno. Dokąd dalej zmierzał…?

Pytania

Kim był więc ów morderca? W jaki sposób wzbudził swoje zaufanie, które okazało się zgubne dla jego ofiar? Skoro wchodząc, poprosił o posiłek, to może jednak był włóczęgą? Może swoją rozmową z Józefą przekonał ją, że warto go ugościć do czasu powrotu gospodarza?

A może jednak sytuacja wyglądała nieco inaczej – nieproszony gość próbował okraść dom w biały dzień, ale został spostrzeżony i zaczął grać zainteresowanego spotkaniem z gospodarzem? W momencie, kiedy wiedział, że chce tylko zdobyć łup i ujść z nim jak najdalej, zdecydował się na drastyczne rozwiązanie, by usunąć z tego świata wszystkich świadków? Nie wspominano jednak, by z domu faktycznie skradziono coś wartościowego. Czy mordercą była jedna z podejrzanych osób, które zostały wyżej wymienione?

Tyle pytań, a odpowiedzi od ponad 135 lat nie ma. Trzy osoby zostały zamordowane w bestialski sposób, a sprawcę najpewniej nigdy nie dosięgła ręka sprawiedliwości. Dziś też nie wiadomo, gdzie dokładnie znajdowało się gospodarstwo Antoniego Orłowskiego, w którym doszło do tej rzezi. Nie znamy też dalszego losu gospodarza. Dożył starości na Róży czy jednak się z niej wyprowadził? Odpowiedzi na wszystkie padające wcześniej pytania można jedynie szukać, oglądając ze wzniesień malowniczo położoną wieś, którą powoli wchłania zabudowa nowych osiedli Gniezna…


Osiedle Róża widziane od strony os. Ustronie.

#Tagi

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments



© Gniezno24. All rights reserved. Powered by Libermedia.