|  Rafał Wichniewicz  |  Zostaw komentarz

Morderca z Lorenzstrasse. Kim był przedsiębiorczy żonobójca?

Nepomucen Zieliński

Zgromadzeni na cmentarzu śledczy stali nieco na uboczu. Kilka metrów od nich grabarz wraz z pomocnikiem rozkopywał grób. Niedaleko leżał drewniany krzyż, zdjęty z kopca i odłożony na bok, a w pobliżu walały się zaschnięte kwiaty.

Było dwa miesiące po pogrzebie, więc spodziewano się, że zawartość tego, co za chwilę zostanie wykopane, nie będzie zbyt ciekawa. Tak też się stało. Odór rozkładających się zwłok był wystarczającym sygnałem, że kopacze skończyli swoją pracę i można było już wyciągać trumnę. Po kilku chwilach znalazła się ona na powierzchni, a zgromadzeni w pobliżu starali się powstrzymywać od torsji, które nimi targały.

Za pomocą młotka i klina podważono wieko, a następnie dokonano otwarcia w celu upewnienia się i dopełnienia tym samym procedur. W środku oczom wszystkich ukazało się rozkładające ciało kobiety w średnim wieku.

– Zamknijcie trumnę i przenieście do kostnicy. Za kilka godzin rozpoczniemy sekcję – padła krótka komenda, skierowana do grabarza. Polecenie wkrótce posłusznie wykonano, a makabryczne widowisko zakończyło się jeszcze tego samego dnia wieczorem. Trumnę z zawartością złożono ponownie w tym samym grobie i czym prędzej zasypano. W końcu można było odetchnąć z ulgą. Zwłoki pochowane ponownie w tym samym miejscu były jednak wybrakowane. Biegli lekarze dokonali bowiem pobrania próbek z organów wewnętrznych, które szczelnie zapakowano, a następnie wysłano do laboratorium w Berlinie. Zaczynała się gra.

Takie sceny najpewniej rozegrały się w połowie czerwca 1887 roku na jednym z gnieźnieńskich cmentarzy. Którym? Tego niestety nigdzie nie podano. Mogło to być zarówno na cmentarzu św. Krzyża, jak i św. Piotra – na obu bowiem chowano zmarłych z parafii św. Wawrzyńca, a to właśnie z jej terenu pochodziła zmarła kobieta.

Ówczesnych dziennikarzy bardziej interesowały okoliczności, które spowodowały obecność pruskich śledczych na cmentarzu. Te, które sprawiły, że poszukiwaną w całym cesarstwie osobą był znany gnieźnieński budowniczy Nepomucen Zieliński. Kobietą, której zwłoki wyciągnięto dwa miesiące po pogrzebie, była jego żona Wiktoria. Jej trzewia zostały przeszukane, gdyż istniało wysokie przypuszczenie, że zaginiony mąż mógł jej pomóc zejść z tego świata.

* * *

Historia z podwójnym dnem, okraszona zdradzonymi uczuciami, rozgrywała się na przestrzeni trzech lat. Do dziś zachowały się jednak dość obszerne informacje o tym, co miało miejsce przed 1887 rokiem.


Zapis z księgi małżeństw w parafii w Kędzierzynie z 1872 roku informujący o ślubie Nepomucena Zielińskiego i Wiktorii Janas. Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu.

Wszystko zaczęło się 21 stycznia 1872 roku, kiedy to w Kędzierzynie na ślubnym kobiercu stanął Nepomucen Zieliński i Wiktoria Janas. On z Gniezna, ona ze Szczytnik Duchownych. Nie wiemy, jak się poznali, ani co ich do siebie zbliżyło. On miał 23 lata, ona była już 22 lata na tym świecie. Początkowo zamieszkali w jej domu, gdzie po roku urodził się ich pierwszy syn – Julian. Kiedy dwa lata później urodził im się Bonifacy, mieszkali już w Gnieźnie. Nie wiadomo jednak gdzie. Dziecko umarło rok później. Tak samo stało się z urodzonym w 1876 roku Janem, a także Marianną, która przyszła na świat w 1878 roku i umarła po zaledwie czterech tygodniach. Taka była proza życia w tamtym czasie, a śmiertelność wśród dzieci była bardzo wysoka i wiele z nich odchodziło na tamten świat przez różne choroby, z którymi dziś medycyna sobie dobrze radzi. Przez te wszystkie lata więcej szczęścia miał właśnie Julian, który dorastał z „umierającym” rodzeństwem. W 1879 roku doczekał się kolejnej siostry – Stanisławy, do której dwa lata później dołączyła Cecylia. Również i dla nich los był łaskawszy, ale tylko do pewnego momentu.

Nepomucen Zieliński urodził się w Gnieźnie w 1849 roku. Nie znamy jego kierunku edukacji, jednak musiał być dość zdolną osobą. Na tyle zdolną, że trafił pod opiekę Ludwika Ballenstaedta, uznanego w Wielkopolsce architekta (działającego w Gnieźnie), u którego kształcił się w kierunku murarstwa.


Reklama przedsiębiorstwa Nepomucena Zielińskiego w Gnesener Anzeiger z początku lat 80. XIX wieku
 

Wyuczywszy się, na własną rękę począł realizować inwestycje budowlane, zlecane mu przez różnych klientów. Nie wiemy jednak, jak toczyła się ta kariera zawodowa, ale najwyraźniej biznes musiał być bardzo dochodowy. Tak bardzo, że wkrótce jego kapitał rozrósł się na tyle, by mógł ruszyć z własnymi przedsięwzięciami. W tym celu zakupił sporą działkę od parafii św. Wawrzyńca, ulokowaną u zbiegu Lorenzstrasse i Florstrasse (dziś ul. św. Wawrzyńca i ul. Czystej), gdzie w 1884 roku wzniósł dwupiętrową kamienicę z użytkowym poddaszem, o dość monumentalnej architekturze. Przy Florstrasse, rozpoczął w 1887 roku budowę drugiego, trzypiętrowego domu wielorodzinnego. I właśnie wtedy…


Projekt kamienicy na rogu Lorenzstrasse i Florstrasse (św. Wawrzyńca i Czystej). Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu Oddział w Gnieźnie

 

Zniknięcie

4 kwietnia 1887 roku, dzień po Niedzieli Palmowej, nagle umarła jego żona Wiktoria. Licząca sobie 38 lat – jak to odnotowano w księdze zgonów parafii św. Wawrzyńca – miała zejść z tego świata na suchoty. Choroba ta dziś jest bardziej znana jako gruźlica, ale wtedy była w zasadzie nieuleczalna. Kobieta spoczęła najpewniej na cmentarzu św. Krzyża lub św. Piotra, otoczona żalem jej osieroconych dzieci, męża oraz bliskich.

Trudno powiedzieć, czy zgon Wiktorii był zaskoczeniem dla otoczenia. Wszyscy w mieście bardzo dobrze znali Nepomucena Zielińskiego. Był rozpoznawalną personą w Gnieźnie i na pewno szczerze żałowano tego, co się stało. Tym bardziej szokiem dla wszystkich okazała się wiadomość, jaka gruchnęła na miasto niczym grom z jasnego nieba kilka tygodni później. Oto bowiem w połowie czerwca 1887 roku gnieźnieńska policja otrzymała informację o zniknięciu mężczyzny, który miał wyjechać w nieznanym kierunku. W mieście pozostawił po sobie trójkę dzieci, firmę, grób żony, a także… długi.


Większą z kamienic przy ul. Czystej, widoczną na zdjęciu (odnowioną), rozpoczął budować Nepomucen Zieliński, ale prawdopodobnie dokończył ją już nowy nabywca.

 

– W niedzielę ubiegłą jedzie Zieliński do Poznania w celu odebrania znaczniejszej sumy pieniężnej i poprosił, ponieważ nie był dość biegłym w języku niemieckim, pewnego pana do towarzystwa. Pieniędzy wspomnianych nie odebrał, natomiast już w ostatniej chwili, gdy czas był na kolej odjeżdżać, wyznaje Zieliński towarzyszowi, że rozpoczęte jest śledztwo przeciw niemu, jakoby był sprawcą zgładzenia żony swej z tego świata i przeciw owemu zarzutowi oczyścić się nie może, ponieważ do winy się poczuwa, dozą arszeniku bowiem żonie w lekarstwie podaną śmierć spowodował, z tego powodu i dla wielkich długów ratować się ucieczką zamyśla i do Drezna chwilowo uciec zamierza. Rzekłszy to, wybiegł z lokalu i znikł, pozostawiając towarzysza podróży w największem osłupieniu – opisywał okoliczności piątkowy Dziennik Poznański z 17 czerwca 1887 roku.

Truciciel

To był szok dla wielu. Tak wielki, że niektórzy gnieźnianie, bardziej niż morderstwa żony, przestraszyli się rzekomych długów i natychmiast udawali się do prawników w celu zabezpieczenia swoich finansów. Okazało się bowiem, że wiele weksli było fałszywych lub bez pokrycia, a samo zadłużenie sięgnąć miało około 100 tysięcy marek. Była to kwota ogromna jak na tamte czasy.

Śledczy powiadomieni przez wspomnianego towarzysza podróży, którym był tłumacz przysięgły Suszczyński, natychmiast rozpoczęli śledztwo. O ile długi stały się w krótkim czasie sprawą oczywistą, o tyle wyjaśnić trzeba było kwestię otrucia żony. To właśnie wtedy rozegrały się sceny opisane na początku tej historii – w czerwcu z ekshumowanych zwłok kobiety pobrano próbki, które wysłano do laboratorium w Berlinie. W tym samym czasie trwało też energiczne poszukiwanie samego Nepomucena Zielińskiego, który uciekł i zaczął się ukrywać. Jak go opisywał Kurier Poznański: – Jest on w posiadaniu paszportu austryackiego na imię Szymona Zakrzewskiego, podmajstrzego ciesielskiego. Zieliński liczy lat 39, jest wzrostu wysokiego, włosy jasno-blond, broda rudawa.

Któż by pomyślał, że w tych warunkach komunikacyjnych i informacyjnych, jakie panowały w XIX wieku, uda się uciekiniera ująć tak szybko? A jednak!


List gończy za Nepomucenem Zielińskim. Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu Oddział w Gnieźnie.

 

2 lipca 1887 roku został on zatrzymany w niewielkim miasteczku Zülpich, położonym niedaleko Kolonii. Jak to było możliwe? Otóż rozesłany po całym cesarstwie list gończy był opatrzony jego zdjęciem – niezwykła rzadkość, co pokazuje iż sprawę Zielińskiego traktowano bardzo poważnie. Jego tożsamość potwierdził wysłany z Gniezna żandarm, który następnie dopilnował eskorty do rodzinnego miasta. Tu też żonobójca oczekiwać miał na proces. W międzyczasie poznano także wyniki badań laboratoryjnych: – Analiza wykazała zawartość trucizny w poszczególnych częściach zmarłej żony Zielińskiego taką ilość, iż nie tylko jednej, ale kilku osobom śmierć zadaćby mogła; nadto stwierdziła analiza, iż otrucie nie było jednorazowe, lecz datuje się już od dłuższego czasu przez rozmaite trujące chemikalia.

Zbrodnia z miłości czy litości?

Sąd nad masą konkursową rozpoczął się bardzo szybko. Majątek nieruchomy Zielińskiego został wystawiony na sprzedaż, aby odzyskać choć część utraconych pieniędzy. Na przełomie sierpnia i września dr Wieczorkowi sprzedano kamienicę na rogu ul. św. Wawrzyńca i Czystej za 74 tys. marek. Wkrótce też, kamienica przy ul. Czystej została zbyta za 33 tys. marek na rzecz mistrza krawieckiego J. Kabzińskiego. W ten sposób odzyskano na pewno część długów. 

Prawie dwa miesiące później ruszyła rozprawa przeciwko zbrodniczemu mężowi. Już wkrótce wszyscy mogli się przekonać, jakie pikantne szczegóły z jego życia zaważyły na tym, by pozbyć się swojej żony. Oto bowiem okazało się, że już w miesiąc po śmierci Wiktorii… zaręczył się z niejaką Walerią Lewandowską, która już od dwóch lat była jego kochanką.


Podpis Nepomucena Zielińskiego w jednym z dokumentów projektowych. Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu Oddział w Gnieźnie.
 

To jednak bardziej długi niż wyrzuty sumienia sprawiły, że zdecydował się uciec z Gniezna. Niemniej dowody jednoznacznie wskazywały, że z premedytacją otruł żonę arszenikiem: – Truciznę tę dostał od pensyonowanego konduktora kolejowego Wyrybkowskiego, któremu powiedział, że chce otruć psa hałasującego po nocach – pisał Dziennik Poznański i dalej relacjonował kolejne postępowania mordercy: – W liście pisanym już po ucieczce do dr. Święcickiego w Poznaniu błaga go Zieliński na klęczkach, aby się zlitował nad nim i nad jego dziećmi i wyratował go z okropnego położenia przez stwierdzenie, że w lekarstwach zapisywanych żonie znajdował się arszenik. Zieliński pisze, że dla otrucia psa dostał od Wyrybkowskiego arszeniku, którego nie dał psu, lecz żonie, bo ta, zachorowawszy znowu, mocno prosiła go, aby jej gardło poderżnął. Zieliński dając żonie małą dozę trucizny, sądził, jak pisze, iż przez to ukróci jej cierpienia i nie popełni zbrodni.

Jedyna możliwa kara

W trakcie rozprawy sędzia Wetzenmiller zapytał oskarżonego, czy faktycznie jest autorem tego listu. Ten przytaknął i zaraz odpowiedział, że żonie co prawda podał truciznę z litości, ale ta miała dostać wymiotów i od razu ją zwróciła. Wspomniany Wyrybkowski, który był pracownikiem kolejowym, przyznał iż Zieliński poprosił go o trutkę na szczury, a ten mu ją dostarczył. Co więcej, miał on też prosić go o środek umożliwiający dokonanie spędzenia płodu. Kto miał nosić dziecko? Nie wiadomo. Zieliński zaprzeczył, by o coś takiego miał prosić. W toku dalszego postepowania świadek Marianna Przybylska stwierdziła, że Nepomucen Zieliński: – od dwóch lat kocha Waleryę a żony swej nie kochał nigdy i tylko się do niej przyzwyczaił. Sędzia, widząc przytłaczające oskarżonego dowody i zeznania, zwrócił uwagę na to, że żył on ze swoją żoną w zgodzie dopóki nie zachorowała.

Sam proces toczył się w gnieźnieńskim sądzie przez trzy dni – jako ostatni zeznawali lekarze i aptekarze. – Fizyk powiatowy dr. Wilke stwierdził, że we wszystkich lekarstwach zapisywanych Zielińskiej w Gnieźnie, Chełmnie i Poznaniu nie było ani źdźbła arszeniku. Dr. Laudowicz potwierdził to samo. Aptekarz dr. Mankiewicz oświadcza, że chemiczne badanie części ciała zmarłej Zielińskiej wykazało iż zawierały w sobie bardzo wiele arszeniku. Radca medyczny dr. Peters z Bydgoszczy oświadczył również, że Zielińska zmarła wskutek otrucia arszenikiem. Obrońca oskarżonego, dr Maier w zasadzie nie miał pola manewru – wszystkie dowody świadczyły przeciwko jego klientowi, a argument ewentualnego okazania litości żonie i pomocy w opuszczeniu tego świata przez skrócenie jej męki, wydawał się niewiarygodny. Był 26 października 1887 roku, około godziny 18, kiedy w gnieźnieńskim sądzie zapadł ostateczny wyrok – Nepomucen Zieliński był winnym i został skazany na karę śmierci oraz utratę praw honorowych.


 

Łaska cesarza

Morderca próbował jeszcze się ratować, a obrońca złożył apelację od wyroku do Sądu Rzeszy w Lipsku. Ta jednak została odrzucona. Zieliński miał jednak jeszcze sprzymierzeńca, a w zasadzie kilku. Członkowie jego rodziny, choć nie wspomniani w żaden sposób z imienia i nazwiska, czynili wszelkie starania by zapobiec wykonaniu kary i by udowodnić jego niewinność.

Nie wiadomo, czy to ten czynnik, czy może jakiś inny, wpłynął na decyzję samego cesarza, w którego gestii były ostateczne rozpatrzenia takich spraw. Fryderyk III Hohenzollern, który objął tron w marcu 1888 roku, w połowie kwietnia tegoż roku (a więc rok po otruciu Wiktorii) zdecydował o złagodzeniu wyroku – Nepomucen Zieliński resztę swojego życia miał spędzić w więzieniu w Koronowie.

Czy tak się ostatecznie stało? Wiele wskazuje na to, że tak, choć po upływie wielu lat miał szansę (choć nikłą) na opuszczenie murów zakładu karnego. Czy jednak zmarł na wolności, czy odszedł z tego świata jako więzień – tego nie wiadomo.

Dzieci

Po utracie obu rodziców, z których jedno zmarło otrute, a za drugim zamknęły się bramy więzienia, los ich dzieci pozostał pod znakiem zapytania.

Szczęśliwym trafem udało mi się dotrzeć się do dalekich krewnych Nepomucena i Wiktorii Zielińskich, mieszkających w Ameryce Północnej. Według tego, co udało się ustalić, najstarszy syn Julian Zieliński w 1888 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych, prawdopodobnie towarzysząc swojej ciotce i wujkowi od strony matki. Tam wstąpił do seminarium duchownego i został księdzem – zmarł w 1926 roku w Trenton.

Najmłodsza córka Cecylia w latach 90. XIX wieku również wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Tam w 1901 roku poślubiła Stanleya Biesiadę, a małżeństwo doczekało się szóstki dzieci. Cecylia zmarła w 1966 roku w South Amboy.

Starsza córka, Stanisława, pozostała w Grodzie Lecha. Wyszła za mąż za Teodora Gruszczyńskiego, z którym zamieszkała na Róży koło Gniezna. Zmarła pod koniec lat 20. XX wieku. Małżeństwo doczekało się syna Zdzisława, który stał się później „bohaterem” innej kryminalnej historii, jaka rozegrała się w 1933 roku (Zobacz więcej: Zbrodnia niesłychana, pani zabija pana!).

* * *

W zachowanych dokumentach nie odnotowano, gdzie dokładnie zmarła Wiktoria Zielińska, a tym samym, gdzie doszło do zbrodni żonobójstwa. Wiele może jednak wskazywać na to, że rodzina Nepomucena zamieszkała w kamienicy u zbiegu ul. św. Wawrzyńca i Czystej, jako jednej z bardziej reprezentacyjnych w owym czasie w tej części Gniezna. Dziś nie ma nikogo, kto pamiętałby o tych wydarzeniach, ale gdyby mury mogły mówić, to ciekawe co by w tej historii dopowiedziały…

#Tagi

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments



© Gniezno24. All rights reserved. Powered by Libermedia.